Okulary przeciwsłoneczne




Lubię czytać
Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Fotoprzepisy | Mój codziennik
RSS
środa, 21 stycznia 2009
Porządkowanie
Planowane generalne porządki początkowo odkładałem z dnia na dzień. Później zmądrzałem – i odkładałem od razu na trzy dni do przodu. Aż ku własnemu zaskoczeniu – ustaliłem sobie deadline, poniedziałek. Cały dzień wolny, sprzątam.
Nadszedł poniedziałek, czas późnego śniadania. Rozglądałem się po pokoju, przygotowując się na najgorsze.
Drrr… (telefon)
Panna B:
Ryś, chcesz jechać ze mną na duże zakupy w Makro?
Ryś:
Za ile minut będziesz?
Panna B:
Za dziesięć
Ryś: (błagalnie)
Za dwadzieścia?
Panna B:
Poczekam w samochodzie

Jadąc do Makro nie myśli się o zwykłych zakupach. Tam produkty najczęściej pakowane są w większych ilościach, ale są tańsze niż w zwykłych sklepach.
Te zakupy także nie były zwykłe. Ba! To mało powiedziane. Ilości i koszt zakupów zupełnie nie pasował do studentki mieszkającej samotnie. Choćby cztery kilogramy filetów z kurczaka, 40 litrów wody gazowanej, 25 jogurtów… i cena wszystkiego – czterocyfrowa. Później przyszedł czas na pakowanie do samochodu, powrót do mieszkania, pakowanie do windy (nam zostało pół metra kwadratowego miejsca, choć winda 12-osobowa). Spędziliśmy jeszcze z godzinę na sztukowaniu mięsa do zamrożenia. Panna B wzięła dzielnie na siebie obowiązek krojenia filetów, rostbefu czy porcjowania mięsa mielonego. Ja równie dzielnie starałem się nie śmiać (a przynajmniej nie nazbyt widocznie) z jej min i gestów, które nie pozostawiały żadnych wątpliwości co do myśli. A gdyby nawet, to słowa by je szybko rozwiały.
„To jest obrzydliwe”. „Kroję trupa”. „Ble, paskudztwo”. „Jak w ogóle coś takiego można robić”.
Jeszcze teraz się śmieję na samo wspomnienie :)

O sprzątaniu tego dnia oczywiście nie mogło być mowy, wróciłem do siebie w porze iście kolacyjnej. Ale następnego dnia, z samego rana (czytaj: tuż przed południem) zjadłem śniadanie i zabrałem się do pracy.
W moim przypadku generalne porządki MUSZĄ rozpocząć się w konkretny sposób. Od wyrzucenia wszystkiego z szafek i szuflad na podłogę.
Gdybym sprzątał kolejne szafki – w połowie mógłbym zrezygnować albo odłożyć resztę na ‘święte później’. A tak, mając podłogę usłaną kartkami, długopisami, kapslami, płytami i wieloma drobiazgami – po prostu się nie da zostawić tego w środku. Za bardzo cenię swoje zdrowie fizyczne i psychiczne.

Tak było i tym razem. Wyrzuciłem wszystko na środek pokoju, umyłem szafki i szuflady, po czym zabrałem się za mrówczą pracę. Po drodze była jeszcze garść innych obowiązków, przeliczenie kilku zadań dla mamy, zakupy na allegro dla taty. Szybko stało się jasne, że przed snem wszystkiego nie zrobię.
Trudno, pomyślałem, dokończę następnego dnia rano, nic wielkiego się nie stanie. Przecież nikt tego nie zobaczy.
Nikt?
Drrr… (telefon)
Panna P: (dla odmiany)
Nie dałeś mi wszystkich notatek. Będę u Ciebie jutro, tak koło godziny 8.30, może 9 rano. Inaczej mi nie pasuje.

I cóż poradzić? To było kilka godzin temu. Wtedy pokój wyglądał tragicznie, teraz widać w pewnych miejscach zalążki czystości, ale wprowadzić nikogo tutaj bym nie wprowadził. Dobija godzina druga w nocy, zostało mi jeszcze siedem do przyjazdu Panny P i powoli odcinam kolejne kwadranse snu, jakie zostaną mi po uprzątnięciu reszty i doprowadzeniu pokoju do stanu używalności.

Los bywa jednak złośliwy.
wtorek, 20 stycznia 2009
A na gadu, w dzień zimowy, takie toczą się rozmowy
- Jakis koleś do mnie napisał na GG i chciał twój numer. Mówił, że go znasz. Przesłał zdjecie i powiedział, że skojarzysz.
- Z moją pamięcią do twarzy może być ciężko, ale zerknę.
- http://img239.imageshack.us/img239/5574/camovp0vh7.jpg
 - A #$*&#$&#$& ! :]
poniedziałek, 12 stycznia 2009
Sylwestrowo (i nie tylko) cz.3
Ludzie potrzebują bodźców. Głupotą byłoby stwierdzić, że nasze zachowanie w całości jest podyktowane naszym charakterem i pragnieniami.
Od kilku dni zmagam się z notką sylwestrową. Zaczynam pisać, część kasuję, piszę, kasuję, piszę, zapisuję plik. Następnego dnia czytam, kasuję i wszystko zaczyna się od nowa.
Temat teoretycznie łatwy – wystarczy do standardowego opisu imprezy wpleść słowa: Jenga, Chomsky, salsa (ubierając w stosowne zdania), zacytować krótką wymianę zdań z kolegą i notka gotowa. Co w tym trudnego?
Cóż, zacznijmy...
Z Jarkiem, jak wiecie, dotarliśmy z pewnym opóźnieniem. Damskie grono imprezowało w najlepsze… czyli siedząc na podłodze, rytualnym kręgiem otaczając Jengę. Jenga, dla niewtajemniczonych, może się wydawać zbiorem identycznych prostopadłościennych kawałków drewna. Niby słusznie, bo tym właśnie jest:



Wtajemniczeni poznali już swoistą magię tej prostej gry i potrafią ocenić znacznie więcej. Budowanie coraz wyższej i coraz mniej stabilnej wieży ma swój pierwotny urok. Proste skojarzenia z wieżą Babel jak najbardziej na miejscu – z każdą kolejną godziną imprezy języki coraz bardziej nam się plątały :)
Niestety Jarek tej gry nie znał.
Po kilkudziesięciu minutach i kilku kolejkach whisky, gdy na chwile zostaliśmy sami w kuchni chwycił ten trunek w rękę i dramatycznym głosem stwierdził:
- W tym moja jedyna nadzieja!
Podjąłem jego ton.
- Twoja nadzieja wkrótce się skończy!
Cóż, przy takim alkoholu butelka zdecydowanie była w połowie pusta...
Niestety dalsza rozmowa została przerwana.
Impreza potoczyła się własnym rytmem, zupełnie niezależnym od przewidywań Jarka. Było świetnie. Choć nie mogłem ani razu wygrać w Jengę, choć dookoła same studentki UAMu (jam biedny ekonomista), choć alkoholu nie było zbyt wiele (jak na imprezę sylwestrową) - naprawdę było świetnie.
Skromne, bo nawet nie 10-osobowe, towarzystwo potrafiło sprawić coś, co wydawałoby się niemożliwe. Ot, choćby ja sam, Ryś we własnej osobie, zaciągałem dziewczynę do tańca. Nienaturalne, prawda? Była salsa, był walc (kroki do tanga utknęły gdzieś z dala od mojej głowy, a jive’a wolałem nie próbować).
Była dyskusja o Chomskym, było trochę popisywania się własną wiedza i sposobami argumentacji. Były sprzeciwy gdy puszczałem ‘smęty’ ale był też aplauz po moich ulubionych piosenkach.
Był jeden szampan na całe grono osób, przyniesiony z resztą przeze mnie. Pewne pozory jednak należy zachowywać.

I co dalej? To już to? Całe trudne podsumowanie sylwestrowej imprezy gładko zakończone?
I tak, i nie.
Spisać coś takiego, jak widać, to żaden problem. Ale myśląc o sylwestrze wcale nie to miałem w głowie. Myślami krążyłem wokół prostych słów. Super. Świetnie. Sympatycznie. Fajnie. I wszelakich synonimów.
Autorka bloga, który widnieje w zakładkach po lewej stronie na zaszczytnym miejscu, spisała kiedyś takie słowa o studentach mojej uczelni:
Oni mają niemalże na czole wypisane: "uwaga! bankomat!"
Wtedy krew we mnie zawrzała, własną piersią chciałem bronić mojej Alma Mater. Że wcale tak nie jest, że przesadza, że to nieprawda.
Ale mi przeszło. Tego sylwestra, gdzie otaczały mnie same humanistki, zdałem sobie sprawę jak bardzo takich osób mi brakuje.
Przez lata studiowania na AE poznałem bliżej dziesiątki osób. Wiele z nich uważam, za miłe i sympatyczne. Ale ledwie cztery uważam za wartościowe znajomości. Na dodatek (o ironio!) dwie z nich studiują obecnie także na UAMie. I jakoś bardziej mi do tego miejsca pasują (jako że czytają tego bloga to ślę im serdeczne życzenia :) ). Cały czas brakowało mi osób, z którymi można nie tylko rozmawiać, ale i dyskutować. Które argumentują swoje zdanie, które potrafią wyśmiać to, co ja mówię. Które mówią ‘włączać’, ‘pytać’, ‘przekonujący/przekonywający’ zamiast ‘włańczać’, ‘pytać się’ czy ‘przekonywujący’ .
Ten sylwester brutalnie mi o tym przypomniał.
I jeśli przez lata mówiąc, że w kobietach najbardziej cenię inteligencję – choć sam w to do końca nie wierzyłem – życie postanowiło mnie (brutalnie?) o tym uświadomić.



W pierwszych słowach tej notki pisałem o tym, że ludzie czasami potrzebują bodźca. Mój teoretycznie nie powinien kojarzyć się z imprezą sylwestrową, w praktyce nie wiem jak potoczyłaby się ta notka.
Zatęskniłem za moim starym blogiem, do którego dostęp miało tak niewiele znajomych mi osób. Tam mógłbym to spisać bez wahania, bez bicia się sam ze sobą. Bez obaw, że czyta to niepożądana osoba.
Ale skoro już się zdecydowałem, to powinienem się tego trzymać, niezależnie jak bardzo część ludzkich opinii się o mnie zmieni.

Kilka dni temu byłem na randce. Najpierw w kinie, później krótki spacer do pubu, dłuższa rozmowa. Całość zakończyła się noclegiem u niej w mieszkaniu. Nazwijmy to ‘półprzypadkowym’, bo siła subtelności z jaką ona dążyła do tego czasami była aż biła po oczach.
Nic większego tej nocy między nami nie zaszło. Choć umówiliśmy się także na kolejny wieczór. Nieopatrznie zaproponowałem, że zrobię kolację (lubię popisywać się kulinarnymi zdolnościami). Zakończyło się na tym, że kolację robiłem u niej, znów (już bez przejrzystych subtelności) zostając na noc. I choć sen zaskoczył nas szybciej, niż się tego spodziewaliśmy, nic nie okazało się stracone.
(kronikarska skrupulatność każe mi odnotować tutaj długie wahanie, czy w ogóle powinienem kończyć tę notkę)
Poranek po tej nocy spędzaliśmy już sami w mieszkaniu. A wszystko było niemal oczywiste. Pocałunki coraz ostrzejsze, ręce coraz śmielsze, oddechy szybsze…
W pewnej chwili usłyszałem słowa (w założeniu wypowiedziane seksownym tonem):
- Chcesz tego?
Cóż, po tak długiej samotności moja odpowiedź była całkiem szczera:
- Tak…
Minęła dłuższa chwila, zupełnie jakby te słowa zniknęły z powrotem w naszych ustach i nigdy z nich nie uciekły. Ale…
- Jesteś pewien?
Zignorowałem pytanie. Świadomie, mając nadzieję, że nie zostanie powtórzone.
- Jesteś pewien?

I powiedziałem jak bardzo jestem pewien, jak bardzo tego chcę.
- Daj mi kilka minut na szybki prysznic.
I wyszła.
Najgorsze (najlepsze?) co mogło się stać.
Czym mogłem zająć ten wolny czas? Mogłem uszykować łóżko. Mogłem nawet się rozebrać i schować pod pościel. Mogłem wreszcie poczytać ‘Kamasutrę’ czy książkę o ‘101 sposobach na udany seks’, które leżały na biurku (wspominałem już coś na temat subtelności?). Ale nie. Siedziałem tak, jak mnie zostawiła. A myśli krążyły tam, gdzie zupełnie nie powinny.
Pomyślałem o rozmowie na gg z byłą dziewczyną sprzed kilku dni. Niewinna konwersacja przypomniała mi, dlaczego spędziliśmy ze sobą tyle pięknych chwil.
Przypomniałem sobie sylwestra, gdzie każda z przebywających tam dziewczyn zrobiła na mnie większe wrażenie niż moja randka (choć okazji miała więcej).
Ją także sobie przypomniałem, opowiadającą o morzu alkoholu na poszczególnych imprezach. O ulubionej muzyce dance, o swoich zainteresowaniach, o uroczych (?!) wybrykach znajomych. I o początkach naszej znajomości, gdy w ostrych słowach skomentowałem co myślę o jej zachowaniu (będąc z chłopakiem, który był jej obojętny, jednocześnie próbowała zdobyć zaręczonego faceta).
I przyszła. W samym szlafroku, naga pod nim. Wiedziałem już wszystko.
Wiedziałem, gdy zaczęła mnie całować.
Wiedziałem, gdy zaczęła mnie rozbierać.
Miałem dość czasu by wymyślić oś rozczulającego albo coś dramatycznego. Jednak nie… czując już rękę dotykającą (jak to śpiewał Markowski) ‘okolice gdzie mam wstyd’ było mnie stać jedynie na śmieszne:
- To jednak nie jest najlepszy pomysł.
I tyle.
Pół godziny później stałem już na mrozie czekając na tramwaj (sam wyszedłem). Cieszyłem się poczuciem ulgi, a jednocześnie zastanawiałem, czy już do końca życia będę skreślał te dziewczyny, które nie zadowalają mnie intelektualnie?
Niestety pozostałe zwykle skreślają mnie ;-)



A na koniec piosenka Perfectu, z której pochodzi wspominany wcześniej cytat:



Get your own Box.net widget and share anywhere!