Okulary przeciwsłoneczne




Lubię czytać
Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Fotoprzepisy | Mój codziennik
RSS
sobota, 30 kwietnia 2011
Słownik podróżnika komunikacją miejską:
Małe szczęście:
- jeździć regularnie komunikacją bez biletu i nigdy nie otrzymać mandatu 
Duże szczęście:
- nie otrzymać mandatu, mimo że wielokrotnie trafiało się na kontrolę
Tupet:
- wmówić wszystkim kontrolerom, że tak naprawdę posiada się bilet trzymiesięczny, ale akurat dziś, podczas kontroli, zapomniało się go zabrać
Duży tupet:
- tak odegrać swoją rolę, że wrażliwa kontrolerka sama z siebie spytała dokąd gapowicz jedzie by ostrzec go, że na tej trasie będzie więcej kontroli (jednodniowa akcja) i by nie jechał dalej już bez biletu.
Ogromny tupet
- spytać ją wówczas gdzie kontroli nie będzie, by jednak dało się dojechać do mieszkania na gapę. I dostać odpowiedź!
22:05, venomik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 kwietnia 2011
W małych miasteczkach
W małych miasteczkach, wbrew pozorom, można się wszystkiego spodziewać.
U fryzjera:
- Jak strzyżemy?
Wyjaśniłem co chcę mieć na głowie.
- Może być maszynką?
- Najwyżej boki.
- Jaka długość nakładki?
- Szczerze mówiąc nie wiem.
Raczej nie bywam obcinany maszynką. Mam ulubiony salon fryzjerski i tam chodzę od lat.
- Mam nakładki dające długość 3, 6, 9 albo 12 milimetrów.
Niewiele mi to oczywiście mówiło, bo moja matematyczna wiedza runęła w starciu z wyobraźnią. Potrafię sobie wyobrazić 12 milimetrów, ale gorzej z głową pełną 12-milimetrowych włosów.
Fryzjerka musiała moje bezradne spojrzenie trochę źle zinterpretować. Wyjaśniającym tonem (pewnie wierzyła, że właśnie rozwiewa wszelkie moje wątpliwości) stwierdziła:
- Dwanaście milimetrów to około centymetra jest!

U szewca:
Odbieram właśnie but oddany do naprawy dwie godziny wcześniej.
- Ile płacę?
- Pięć złotych.
Mało, zdziwiłem się. Bardzo mało, zważywszy na to, że but wygląda lepiej niż nowy i jednak trochę wysiłku naprawa kosztować musiała. Ale po chwili…
- W ogóle nie powinienem panu tego buta naprawiać.
- Dlaczego?
- Bo pięć złotych to mało za taką naprawę.
- Dlaczego nie bierze pan więcej?
- Bo to praca za pięć złotych. Ale nie warta tego by ją za pięć złotych wykonywać.
18:59, venomik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 marca 2011
Pokaz
Zaczynam pisać te słowa o najgorszej możliwej porze - jest (już) piątek, szybkimi krokami zbliża się trzecia w nocy. Za cztery godziny muszę wstać, a dzień będzie długi. I wymagający.
Ale nie mogę spać. Piję więc herbatkę (smak pomarańczy z miodem - polecam) i zastanawiam się jak przelać wszelkie buzujące emocje przez klawiaturę aż na bloga.
Nie umiem. Za dużo emocji, za mało weny.
Więc będzie tak bezwenowo (czytaj: mizernie).


Dziś zaliczyłem pierwszy pokaz tańca - nie taki udawany, przed kursantami niższych stopni, nie przed Panną P. w środku nocy na chodniku (dawne dzieje :) ) - ale w klubie, zaplanowany i zorganizowany przez naszą szkołę tańca.
Tańców było cztery - samba, jive, cha-cha oraz salsa (był pomysł by jeden z nich zastąpić tangiem, ale się nie sprawdził). Muzyka krótka, zapowiedź beznadziejna, parkiet tragiczny, miejsca brakowało... ale i tak zatańczyć w trzy pary na środku parkietu w takim lokalu, gdzie dwie setki ludzi dookoła patrzy - niesamowite przeżycie. Dla mnie, typowego matematyka, unikającego tańca od lat wczesno-dziecinnych.
Gdyby to ktoś mi powiedział jeszcze półtora roku temu, zaśmiałbym się w twarz.


Do pełni burżujstwa zabrakło tylko spóźnienia się półtorej godziny (nasz pokaz i tak został przesunięty, więc nic bym nie stracił) - mógłbym wtedy łagodnie minąć ludzi stojących w długiej kolejce, czekającej by przejść selekcję i móc zapłacić za wstęp, przedstawić się po czym przejść obojętnie obok ubranego w garnitur cerbera. (Cerber wprawdzie nie był trójgłowy - ale za to trójzębny. Nie wiem czy to pomagało w pilnowaniu, ale jego uśmiech potrafił sporo powiedziec o doświadczeniach w pracy bramkarza. I doświadczenia musiały być jeszcze upiorniejsze od uśmiechu...).

Pokaz pokazem, ale tak naprawdę mizdrzę się koło najważniejszego tematu i mizdrzę, nie wiedząc czy chcę (ani jak) napisać. I chyba nie napiszę.
Póki co, oczywiście.
11:25, venomik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 stycznia 2011
W nowym roku
Nie lubię postanowień noworocznych, ale doceniam ich wagę. Człowiek czasami potrzebuje bodźca by wdrożyć w życie podjętą decyzję – a w jakiś sposób łatwiej ten początek ustawić na 01.01.2011 niż choćby 17.11.2010.
Ja postanowiłem (między innymi) bardziej przykładać się do bloga. Jakościowo – nie ilościowo.
Jest 30 stycznia. Ponad miesiąc milczenia. Jak widać: cholera mi z tego wyszła :)

Co się u mnie zmieniło? Nic! Absolutnie szczera odpowiedź.
Wciąż czas dzielę pomiędzy obowiązki i kurs tańca. Dziwnie mało mam go na codzienne przyjemności. Panny P. czy Panny B. nie widziałem od dawna. Wszystkie telefony kończą się identycznie:
Panna P.: Cześć Ryś
Ryś: Cześć
Panna P.: Jesteś w domu?
Nie, nie bywam. A jak bywam to pracuję.

Dziwię się, że po blisko roku tańczenia wciąż sprawia mi to frajdę. A to przecież tak monotonne:
Bliżej! Dalej! Równo! Łokieć! Broda! Rama! Kciuk! Kąt! Długość! Dynamika! Szybciej! Wolniej! Postawa! Szerokość! Tempo! Stopy! Głowa! Palce! Kierunek! Szyja! Ustawienie! Rozciągnij! Uderz! Od palca! Miękko! Sztywno! Pulsowanie! Płynnie! Ostro! Delikatnie! Zmysłowo! Uśmiech! Z tym ostatnim bywa najgorzej…
(„Tańczysz jak naleśnik” albo „Czytał Pan Kamasutrę? Nie? Dlatego Pan kiepsko tańczy” – to nie było do mnie. Ja na szczęście czytałem)
I tak w kółko. Trzeba myśleć o 50 rzeczach na minutę, na każdy drobiazg zwracać uwagę, nad wszystkim czuwać. Bez tego nie będzie prawdziwej przyjemności.
Prawie jak w seksie. Ale jak mawia instruktor o jednej z najlepszych tancerek salsy: taniec z Edytą jest lepszy niż seks.
Kto wie, może ma rację? Tylko brak mi ostatnio porównania. Pomijam, że z Edytą wytrzymać można w salsie kilkanaście minut, a w… albo nie będę kończyć.

A propos postanowień na nowy rok. Kilkanaście miesięcy temu postanowiłem, że będę więcej czytać i kupować więcej książek.
Z nudów ostatnio siadłem do krótkiego podliczenia. W ciągu minionego roku przeczytałem 13561 stron. Patrząc na statystykę wyrobiłem normę za sobie i 29 innych Polaków. Oby tak dalej :)


Na koniec piosenka. Tańczymy do niej bluesa. Pewnie znacie – w końcu Lady Gaga
(ja nie znałem, ale ja się nie liczę)



05:37, venomik
Link Komentarze (1) »
środa, 29 grudnia 2010
Jak rozpoznać paskudę?
Paskuda. Jak sama nazwa wskazuje jest to twór rodzaju żeńskiego, bardzo złośliwego (i niech was gramatyka nie zwiedzie, Paskud również jest kobietą!)
Paskuda charakteryzuje się przerostem gruczołu złośliwości – przy czym wyróżnić można dwa jej typy: złośliwość instynktowna oraz złośliwość świadoma. Do dziś nie wiadomo który typ złośliwości jest gorszy, ale naukowcy wciąż nad tym ciężko pracują (a przynajmniej powinni).
Jak rozpoznać Paskudę? To proste. Wystarczy odpowiednia sytuacja:
Zaśnieżony wieczór, zimno i ciemno na ulicach miasta. Potencjalna Paskuda ma ciężką torbę i kilkaset metrów z mieszkania na przystanek. I bardzo mało czasu by się na nim znaleźć.
Prawdziwy mężczyzna bez chwili wahania weźmie jej bagaż na swoje barki (dosłownie i w przenośni) i potruchta szybko na przystanek.
Gdy już w pobliżu przystanku będzie widać, że w najbliższej chwili żaden autobus nie nadjedzie, Potencjalna Paskuda zwalnia.
- Dlaczego idziemy wolniej?
- Żaden autobus nie jedzie
- Wiem, ale to ja niosę Twoją torbę
- Racja – odpowiedziała Paskuda, po czym zwolniła jeszcze bardziej.
I wszystko wiemy.
Jest prawdziwa.
10:22, venomik
Link Dodaj komentarz »
Tabu raz jeszcze
Mama wyciąga kartkę z napisem ‘Konstelacja’. Czyta wyrazy zakazane, myśli chwilę jak wyjaśniać swoje hasło po czym zaczyna słowami: „Jest małe…” 
:)

09:00, venomik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Tabu
Tabu. Prosta gra w której należy wyjaśnić zawodnikom swojej drużyny dane słowo/zwrot nie mogąc przy tym używać pięciu zakazanych (przykładowo: naprowadzić swoją drużynę na hasło ‘kantor’ nie używając słów: wymiana, pieniądze, dolary, euro ani wyjazd – celo wybrałem banalne hasło)
Grając w święta bezsprzecznie zostałem najlepszym podpowiadającym ze wszystkich – wszystkie hasła wyjaśniane gładko i precyzyjnie. Tylko czasami zapominałem z kim gram.
Losuję kartę, wciągam powietrze (szybko, szybko, bo piasek w klepsydrze ucieka!) i…
- Zrobiony z myślącej gruszy, robił ‘tup tup tup tup tup’ i potrafił pożreć…
Rzut okiem na rodziców i dotarło do mnie, że w żaden sposób nie odgadną, że chodzi o Bagaż…



Dla niezaznajomionych ze Światem Dysku polecam wikipedię. I garść cytatów:
„Bagaż można opisać jako skrzyżowanie walizki z maniakalnym mordercą.”
„Bagaż zacisnął wieko w wyrazie posępnej determinacji. Zwykle niewiele chciał od świata – jedynie całkowitego wymarcia wszelkich innych form życia.”
„Bagaż potrafił stać nieruchomo w taki sposób, że wydawało się to jeszcze straszniejsze, niż kiedy się poruszał.”
"- Poszedł sobie?
- Godzinę temu wyłamał osiowe drzwi i uciekł, panie!
- Błąd. - sprostował Trymon. - On wyszedł, my uciekliśmy."

Ulubiona postać serii zaraz po Śmierci.
05:57, venomik
Link Komentarze (2) »
Telefon
Tak, to już oficjalne. Pewna osoba nie jest do końca normalna.
Drugi dzień świąt, godzina 23.45. W ciemnym pokoju znad Excela wyrywa mnie dźwięk telefonu.
Kto może być o takiej godzinie, skoro rodzice siedzą piętro niżej?!
Odbieram
- Tak, słucham
- Dobry wieczór Panie Ryszardzie
Instruktor tańca?!?!
- … dobry wieczór Panie Macieju – odpowiedziałem zdziwiony
- Nie spał Pan?
- Nie, jeszcze się nawet nie wybieram
- A to świetnie. Na euro sporcie leci właśnie turniej tańca towarzyskiego, warto go sobie obejrzeć.
Jego się po prostu nie da zrozumieć :)

05:36, venomik
Link Komentarze (1) »
wtorek, 23 listopada 2010
Początki tańca
Kiedy pod koniec stycznia szedłem (niepewnym) krokiem na pierwszy kurs tańca zastanawiały mnie dwie kwestie.
Po pierwsze – na jaką partnerkę trafię. I co byłoby gorsze – fatalna partnerka (z którą bym się męczył) czy uzdolniona (czyli męcząca się ze mną). Ostatecznie kwestia pozostała niesprawdzona. Dziwnie szybko straciła na aktualności.
Drugą kwestią był mój zapał. Wiem z doświadczenia, że wielokrotnie to, co sprawiało przyjemność na początku nudziło się dość szybko. Zastanawiałem się ile wytrwam przy tańcu towarzyskim. Nie stopniowałem sobie celów ani też nie ustalałem wyimaginowanego minimum (‘dziś ten parkiet wygląda mniej przerażająco niż miesiąc temu!’ :) ). Właściwie prawdziwe myśli (o równie prawdziwych celach) raczej starałem się odpychać daleko od siebie.
Dziś, ledwie po kilku miesiącach tańca wszystko się powywracało. Przeżyłem kilka etapów. Od wybierania jednej z ostatnich wolnych partnerek (w końcu lepiej tańczyć nawet ze mną, niż siedzieć), przez wrażenie, że kolejne partnerki tańczą gorzej ode mnie, przez pierwsze wyróżnienie i zatańczenie w ramach pokazu na środku… (ledwie cztery tygodnie po pierwszych zajęciach). Później poszło jak burza.
A dziś… o tym może w innym czasie.
Dziś w prezencie piosenka do quickstepa (quickstep ma, wraz z sambą, najfajniejsze piosenki):



04:20, venomik
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 01 listopada 2010
Powrót
Zdecydowanie nie rozpieszczałem w ostatnim czasie bloga nowymi notkami. Brak czasu, brak nastroju – a ostatnio także brak internetu. Obiecuję poprawę (choć za efekty nie ręczę :) ).
Jakby nie patrzeć – już listopad się rozpoczyna, a ja nawet jeszcze nie opowiedziałem co się działo podczas naszego obozu tanecznego.
Zaraz nadrobimy.
Ale najpierw dłuższa dygresja na temat naszego instruktora tańca, bo dość charakterystyczna z niego persona. Ma swoje ulubione historie, ulubione gesty i ulubione powiedzenia. Jak podczas walca: ‘On w nią, ona w niego. On w nią, ona w niego…’ – i tak w kółko. Albo: ‘Wkładam, wyjmuję, wkładam, wyjmuję…’. Na pierwszych stopniach dodawał czasami ‘zawsze jest tak, że aby wyjąć trzeba wcześniej włożyć. Wiecie gdzie jeszcze taka zasada istnieje, prawda?’. I kiedy wszyscy już pomyśleli co powinni (ach, zboczuchy!) wyjaśniał, że chodzi oczywiście o pieniądze w banku.
Rzecz jasna nikt o pieniądzach nie myślał. Bo jedno trzeba dodać – z instruktorem jest trochę tak jak w pewnym dowcipie:
Na lekcji katechezy siostra zakonna pyta dzieci:
- Powiedzcie mi proszę co to jest: małe, zwinne, z rudym ogonem i lubi skakać z drzewa na drzewo
Zgłasza się Jasiu.
- Patrząc na opis to wiewiórka, ale znając siostrę to pewnie Pan Jezus
(tylko tematyka oczywiście inna)
Jeśli nasz instruktor żartuje, to z góry trzeba zakładać podtekst erotyczny. Nawet jak go nie widać na pierwszy rzut oka. Bo nie da się ukryć, że w wieku 50 lat pozostały mu dwie wielkie pasje (co się chwali, to średnio o dwie więcej niż w przypadku przeciętnego 50-latka). Taniec i kobiety. Z żadnej nigdy nie zrezygnuje i nie da się ocenić która go ostatecznie wykończy. Obie są mu potrzebne jak woda rybie.
Czasami niepotrzebnie je łączy ze sobą (za komentarze czy zachowanie zniechęca do siebie część dziewczyn na kursach tańca) a czasami odwrotnie – nie umie ich ze sobą połączyć. Jak na obozie– gdzie czasami przedkładał imprezę i podryw (skuteczny!) nad prowadzenie wieczornych kursów. 
I tu przechodzimy do obozu tanecznego i największej jego wady.
ZA MAŁO TAŃCA!
Obiecano nam 40 godzin tańca w 6 dni. Zostaliśmy dzień dłużej i zakończyło się ledwie na 30 godzinach. Liczyłem na więcej.
Oddając sprawiedliwość – nie wszystko było winą instruktora. Równolegle z nami w naszym ośrodku był także obóz sportowy i dwie godziny dziennie rezerwował sobie salę by pograć w tenisa stołowego. Dwukrotnie wieczorem też robili sobie imprezy (w starym, szkolnym stylu – trzy dziewczyny na środku tańczą, 10 chłopaków podpiera ściany i się nabija – wróciły wspomnienia z mojej podstawówki :) ).
Sam obóz sportowym był tylko w teorii. Owszem, grali w piłkę nożną, kosza, biegali… ale w piłkę głównie na konsoli, w kosza na laptopach, a biegali za karę. Niemniej rezerwację mieli.
Plusów było na szczęście dużo więcej – ciekawi ludzie, przyjemne miejsce, doskonała kuchnia. Także pogoda nam sprzyjała. A i z czasem intensywność kursów stała się naprawdę wysoka – niektóre ogniwa się rozleniwiły, inne doznały kontuzji, część nie wytrzymała kondycyjnie. Na ostatnie 2 dni zostało z 5 najbardziej wytrwałych osób – a wtedy godzina treningu odpowiadała przynajmniej 3 godzinom treningu w Poznaniu. Najprzyjemniejsze chwile z całego wyjazdu. Szkoda, że nie może być tak zawsze.
A co poza tańcem? Cóż, dość ruchliwie. W wolnych chwilach nałogowo grałem w tenisa stołowego, ogrywałem dwie nastolatki w badmintona, pływałem w morzu… czasami wychodziliśmy potańczyć na imprezę albo napić się w pubie piwa irlandzkiego i to by było na tyle.
Mimo tygodnia nad Bałtykiem nie uświadczyłem tradycyjnej (i wkurzającej!) nadmorskiej nudy i specyficznego rozleniwienia wszystkich i wszystkiego. W ogóle morze w moich wspomnieniach z obozu to jakiś mglisty obraz, jakiś odległy detal (to plus oczywiście, bo nie przepadam za nadmorskimi wyjazdami). Dość powiedzieć, że kupiłem w Mrzeżynie tylko trzy pamiątki – i wszystkie trzy napisał ten sam pisarz ;) Dwie z nich były nawet bardzo fajne. Czytając nie mogłem się oderwać.

Tyle na dziś. W najbliższej przyszłości z pewnością pojawi się tutaj kilka notek związanych z tańcem (to mogę obiecać, bo już teraz istnieją w mojej głowie). Póki co muszę szykować się spać. Za 7 godzin pobudka i długi, długi dzień przede mną…
01:01, venomik
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 41