Okulary przeciwsłoneczne




Lubię czytać
Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Fotoprzepisy | Mój codziennik
RSS
sobota, 31 października 2009
Czas marudzenia
Wszystkich, którzy mają zbyt dobry nastrój na czytanie tego uczciwie ostrzegam - w tej notce nie będzie nic optymistycznego!
Pomińcie ją, nie chcąc psuć sobie nastroju.

Po pierwsze: odejmowanie.
Niedawno kupowałem sweter w sklepie. Kosztował 79,99 zł.Przy kasie dość młoda dziewczyna trzymając mój banknot 100-złotowy przez chwilę się zawahała, po czym wydała mi w sumie 30 zł i jednego grosza. Wrzuciłem to najpierw do kieszeni, myśląc że sam pokręciłem cenę, po czym zerknąłem na paragon. I oddaję jej 10 zł mówiąc, że mi wydała za dużo.
- Faktycznie - odpowiedziała z szerokim uśmiechem - a tak właśnie myślałam, że powinnam panu wydać 20 zł a nie 30. Tylko źle wybrałam.
Gratuluję. Może już następnym razem sobie pani poradzi.
Przypomniało mi się dziś, bo byłem w sklepie na większych zakupach spożywczych. Znów płacę banknotem 100-złotowym. Tym razem ekspedientka wydaje mi dwa razy po 50 zł i garść monet. Zgłupiałem.
- To 50 zł powinna pani zabrać - uśmiechnąłem się. Pomyślałem, że dała mi jeden banknot za dużo. Ale patrzę na kasę i zonk.
- Nie - mówię - tak też będzie źle
- Ale już jest dobrze! Tyle muszę panu reszty wydać.
- Ale ja dałem Pani 100 zł!
- Niech pan spojrzy - i pokazuje mi wyświetlasz kasy, który jej podpowiada ile powinna i wydać - wszystko jest w porządku.
Naprawdę miałem ochotę zabrać pieniądze i wyjść. Ale twardo tłumaczę:
- Proszę posłuchać. Dałem Pani 100 zł i otrzymałem jakieś 110 zł reszty. Nie wiem ile dokładnie powinna mi Pani wydać, ale na pewno nie tyle.
Eureka! Dziewczyna dostała olśnienia, wreszcie wszystko do niej dotarło.
Jak można do tego stopnia ufać maszynie, by wydać więcej reszty niż się otrzymało gotówki? Czytałem kiedyś o Niemce, która tak ufała nawigacji GPS, że staranowała obcym osobom wszystkie ozdoby w ogródku. Co z tego, że jechała prostą drogą - skoro nawigacja kazała jej właśnie skręcić? Chciałbym, żeby kiedyś jakakolwiek kobieta zaufała mi do tego stopnia :)

Po drugie: halloween.
Przejmujemy od Amerykanów głupie tradycje, to jedno. Ale przerobione na polską modłę wyglądają karykaturalnie. Tuż przed godziną 21 robiłem zakupy w sklepie. Wkrótce wszystkie były zamykane, aż do poniedziałku.
Trafiłem na mnóstwo poprzebieranych dzieciaków - które wydawały wcześniej zarobione pieniądze. Bo u nas tylko naiwniacy szykują słodycze i jeszcze łudzą się, że dzieci będą się z nich cieszyć.
Kilka godzin wcześniej byłem naiwniakiem. Kupiłem cukierki, wrzuciłem do michy i spokojnie oczekiwałem wieczoru. A gdy nadszedł...
Dzwonek do drzwi.
- Ja otwoooorzę - krzyknąłem w biegu.
Za drzwiami trójka dzieciaków. Patrzą na mnie. I cisza... taka trochę niezręczna. Odruchowo chciałem pochwalić stroje (wcześniej uszykowałem sobie odpowiednie zdanie w głowie) ale ugryzłem się w język, bo to były tylko plastikowe maski na twarz.
Wciąż cisza...
- Ja nie chcę żadnych psot... - podpowiedziałem.
I cisza...
- Za to mam dla was cukierki - i sięgnąłem zrezygnowany po miskę.
Spojrzeli po sobie, jakby nie wiedzieli co zrobić. Wreszcie jeden wyciągnął jakąś jednorazówkę z kieszeni (dopiero się zorientowałem, że żadne z nich nie miało torby z zebranymi już  słodyczami). Wrzuciłem im garść cukierków i zamknąłem drzwi.
- Ty im dajesz słodycze? - spytał chwile później tata
- No to się daje w Halloween przecież!
- Aha... my rok temu dawaliśmy po kilka złotych. I chyba wszyscy tak dają.
Zrezygnowałem. Powiedziałem wszystkim, że jak chcą to niech otwierają drzwi następnym. Ja się przestaje przejmować.
Teraz nawet nie wiem czy ktoś przyszedł. Niedługo później musiałem pojechać zatankować samochód, a później na zakupy. 
Ale pewnie nikt już nie zawitał. Wyobrażam sobie, że wieści wśród dzieci szybko się roznoszą...
"A ten facet z tamtego domu to nam normalnie cukierki chciał dać. Dziwak jakiś".

Po trzecie: pisanina
Niedawno marudziłem na pisanie długopisem. Że męczące, że powolne, że to, że tamto... ale jedno Wam powiem. Tekst, który jest drętwy i spisany na papierze, można wyrwać, zgnieść w pięści i wrzucić pod stół. Przyjemne uczucie.
Naciśnięcie klawisza backspace nie robi takiego wrażenia.
22:09, venomik
Link Komentarze (5) »
piątek, 30 października 2009
Przelać na klawiaturę
Wczorajszy wieczór, właściwie pierwsze godziny nocy, poświęciłem na przepisanie opowiadania z kartek papieru do komputera. Przy okazji znienawidziłem ponownie pisanie długopisem. I nie dlatego, że później to wszystko i tak trzeba przepisać - to akurat wychodzi z korzyścią dla opowiadania, bo wersja na google docs (worda jeszcze nie zainstalowałem) jest dużo lepsza niż na papierze.
Chodzi o ilość.
Dwadzieścia sześć stron a4 zapisanych - to wydawało mi się ilością ogromną, mogącą przyprawiać o odciski palców od długopisu. Napawało dumą. Nagle, po przepisaniu, czar prysnął. Nieco ponad 7000 znaków, nieco ponad 1100 słów. W przeciętnej książce zajmowałoby to może dwie strony, może mniej.
I nie pociesza mnie nawet fakt, że ten wstęp który napisałem początkowo miał zajmować pół strony. Zawsze tak jest, że siadając do klawiatury wychodzi dużo więcej.
Zadziałało demotywująco. Dziś mimo kilku wolnych godzin napisałem w sumie dwa krótkie akapity. W takim tempie zdążę zapomnieć o czym chciałem pisać nim dojdę do końca.
17:14, venomik
Link Komentarze (1) »
wtorek, 27 października 2009
Terytorium
Terytorium to klub w Poznaniu, w którym tak zwaną 'czarną muzę' grają dwa razy w tygodniu, czyli średnio zawsze kiedy tam trafiam. Nie mam szczęścia do tego miejsca.
Podobnie było też ostatnio - ale to nie o muzyce chciałem napisać. Pod ścianą (ściana była do tego niezbędna!) bawiła się para nastolatków. Przez 10 minut zastanawiałem się, czy to jest jeszcze taniec, czy już gra wstępna. Stawiałem na to drugie i chyba słusznie, bo po tych 10 minutach para zniknęła i już więcej ich w klubie nie widziałem.
Ale tak sobie teraz myślę... co jeśli to jednak taniec był? Często mówię, że tańczyć to ja za bardzo nie potrafię... ale tak to bym umiał :)
14:35, venomik
Link Komentarze (1) »
niedziela, 25 października 2009
Udany związek
Przeczytałem właśnie, że największe szanse na udany związek ma para, w którym kobieta jest o przynajmniej pięć lat młodsza i lepiej wykształcona o faceta.
Wobec tego jeśli wśród czytelniczek bloga jest jakaś 19-latka robiąca doktorat to pilnie proszę o informację na maila :)
22:35, venomik
Link Komentarze (4) »
sobota, 24 października 2009
Nastrojowo
To jest notka przedwczorajsza :)

Wiecie, są w życiu takie chwile kiedy człowiek chce coś zrobić. Dokładnie, coś... nic konkretnego - po prostu owo 'coś' musi być koniecznie twórcze. Można sięgnąć po pędzel, po gitarę, po klawiaturę... i ulec pokusie. Ale ulec można też lenistwu i usiąść przed telewizorem, ignorując narastające wyrzuty sumienia.
Co powoduje taki nastrój? Różnie bywa. Ludzie, wydarzenia, przypadek... przeważnie ludzie. A dziś? Dziś akurat będę cicho, nie zawsze i nie wszystko mogę Wam zdradzać.
Chciałbym napisać, że od razu pobiegłem do mieszkania i chwyciłem za długopis, ale czuję się w obowiązku od czasu do czasu pisać coś prawdziwego. W drodze do siebie trafiłem najpierw do sklepu i kupiłem cztery suche już bułki i tyle samo zupek w proszku. Trzy żurki z grzankami i raz pomidorowa. Taki ze mnie wyrafinowany smakosz :)
A teraz czas na dygresję. Zapewne jedną z wielu.
Trochę dziwię się polskiej kuchni. Ta obecna przy naszych kulinarnych tradycjach wygląda bardzo blado. Zwykłych wymówek nie przyjmuję do wiadomości, bo nie zawsze musi to być nadziewana kaczka zamiast kanapek na kolację.
Ale wystarczy tylko odkroić górę bułki, kciukiem zrobić mocne wgłębienie. Skropić mlekiem, położyć na spód odrobinę drobno pokrojonej papryki/cebuli albo co tylko mamy pod ręką. Wbić na to jajko, posypać przyprawy, ułożyć kilka listków zmrożonego masła i przykryć pozostałą częścią bułki. Tak przygotowaną kanapkę zapiekać w temperaturze koło 200 stopni przez kilkanaście minut.
Łatwe? Banalne wręcz.
Koszt? Jak przeciętnej kanapki.
Czas przygotowania? W kwadrans można zrobić i kilka takich kanapek.
Do trudności też nikt się nie można w żaden sposób przyczepić. Jakieś inne wymówki?
A skoro o gotowaniu mowa. Ostatnio próbowałem zrobić zupę kminkową. Miałem już trzy podejścia... za każdym razem było coraz lepiej, choć trzecia zupa podążyła śladem dwóch pierwszych i spłynęła w rurach ściekowych. Jeść się tego nie dało.
Za pierwszym razem przypaliłem kminek na patelni. Przestrzegam, nie róbcie tego nigdy! Zapach ciężki i gorzki, chyba nie do wytrzymania. Chyba - bo nie chciałem się upewniać. Wylałem niedoszłą zupę, otworzyłem szeroko okno kuchenne i wstydliwie uciekłem na spacer, zostawiając moich współlokatorów na pastwę zapachu.
No, ale koniec dygresji. O czym, to ja pisałem... a, tak, o natchnieniu. A właściwie nie o natchnieniu - ale o chęci pisania. Bo to niestety nie zawsze idzie w parze. Ile to ja już długopisów nałamałem w takich chwilach... gdy chciałem, ale zupełnie nie mogłem. Prędzej czy później ponoć każdy mężczyzna to przeżywa :)
Skoro już przeszliśmy na łóżkowe podteksty... skacząc z kanału na kanał trafiłem na 4Fun TV. Na program o nazwie 'kamasutra' - czyli leciały (jeszcze bardziej) rozbierane teledyski, w których półnagie kobiety starały się odciągnąć uwagę od muzyki. Przy okazji można też było wysłać sms'a z i imieniem własnym i swojej drugiej połówki, a na ekranie pojawi się krótka rada w jakiej pozycji powinniście uprawiać zaraz seks. Ot, zaledwie za złotówkę (+ vat) można pozwolić komputerowi ingerować w życie erotyczne. Okazja, prawda? :)
Same pozycje miały kuszące nazwy (jak 'stanie w banie' czy 'bum szakala') i barwne opisy ('Hania kładzie się na nim i pompuje go ostro').
Mam wrażenie, że to nowatorski pomysł mający ograniczać ilość niechcianych ciąż wśród nastolatek. Szczęśliwie śpię dziś sam (musicie być w szoku), ale nawet gdyby w moim łóżku leżała naga kobieta, to po takiej poradzie położyłbym się plecami do niej. Nastroju to ona nie buduje.
Właśnie, nastroju... hmm... coś sobie przypomniałem. Pewne zdarzenie, moją, nazwijmy to, porażkę, która przez długi czas nękała mnie później w koszmarach. Nigdy o tym nikomu nie opowiadałem, ale może właśnie powinienem?
Kobiety, generalizując, są bardziej subtelne od mężczyzn. To nie olega wątpliwości. Potrafią przekonać, choć nie argumentują. Potrafią powiedzieć, nie używając ani słowa. Potrafią delikatnymi sugestiami przekazać bardzo wiele. Trzeba tylko starać się słuchać.
Spotykałem się kiedyś z pewną dziewczyną. Krótko, ale nie możecie się dziwić.
Być może to moja wina, być może powinienem był się domyślić, że nie preferuje ona dłuższych pieszczot wstępnych. Ale prawda jest taka, że choć starałem się słuchać, zamiast subtelności dziewczę na brutalną chwilę zrzuciło aurę kobiecości i delikatności, mówiąc: 'a Ty coś się tak przyczepił do mojej łechtaczki?'.
Ja niestety nie żartuję. Uwierzylibyście w coś takiego?
Ja nie mogłem. A kiedy wreszcie to do mnie dotarło - poczułem się oszukany. Przez świat, że po tych słowach nie zatrzymał biegu, ale krążył jak gdyby nigdy nic. Przez niebo, że nie oddało dramatyzmu chwili. Nawet jedną małą błyskawicą.
I przez nią, oczywiście.
No, teraz już koniec szczerości, koniec dygresji, wkrótce też koniec całej notki. Czas zmienić zeszyt i powrócić do wcześniejszych zapisków. No tak, bo ja po długopis kilka godzin temu nie sięgnąłem po to, by pisać tę notkę. Wróciłem do opowiadań. Ale nie do wspominanego kiedyś kryminału. Pogubiłem się sam w swojej fabule i chwilowo cała praca jest zawieszona. Teraz rozpocząłem pisanie dwóch opowiadań. Jedno fantasy, drugie s-f. Panna P. pewnie by powiedziała, że to dwa razy to samo. A ja bym odpowiedział, że gobliny nie latają w kosmosie.
Choć w moich opowiadaniach nie będzie statków kosmicznych. Goblinów pewnie też nie :)
23:18, venomik
Link Komentarze (1) »
Męski trunek
Dziś czas na polską walkę stulecia. Boksu nie lubię, ale i ja się skuszę.
Ponoć tam męski sport wymaga również męskiego trunku. Chcąc, nie chcąc, poszedłem do sklepu. Po piwo.
Po gingersa :)
20:25, venomik
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 19 października 2009
Z pamiętnika człowieka uzależnionego, dzień pierwszy i drugi
Jeśli to prawda, że początki leczenia uzależnienia są najtrudniejsze, to nie mam się czym martwić. Pierwsze dwa dni minęły niemal bezboleśnie. Po części dlatego, że oba wieczory miałem zajęte, więc nie musiałem znosić bezkomputerowej nudy. Choć nie. Wczoraj obejrzałem mecz reprezentacji Polski. Bezkomputerowa nuda zamieniła się w tę gorszą, telewizyjną.
Bo pogodziłem się z telewizorem. Wcześniej wiecznie niepodłączony ani do prądu, ani do kablówki – teraz regularnie włączony. Sam sobie na złość robię, bo ciężko znaleźć cokolwiek rozsądnego.
Dziś odwiedziła mnie Panna P. Trochę by mnie wesprzeć, trochę by też pomarudzić, a głównie dlatego, że lubimy spędzać ze sobą czas.
Co więcej? Posprzątałem w pokoju, posprzątałem w kuchni, zrobiłem pranie. Wyciągnąłem z otchłani gitarę, podłączyłem gramofon (od kilku miesięcy najczęściej stał bezużyteczny).
I znów mam więcej czasu na czytanie. Niestety, nie mam nic nowego, więc z konieczności sięgam do mojej biblioteczki by przeczytać coś drugi, trzeci czy dwudziesty raz. Nie, moment. Mam ‘Heban’ Kapuścińskiego (tradycyjnie pożyczając książkę myślałem o Kołakowskim), ale przeterminowane polityczne reportaże z Afryki to nie jest szczyt moich czytelniczych marzeń.
Już wolę ‘Katar’ Lema. Drugie czytanie. Z książkami Lema jest zawsze jeden problem. Te najlepsze (hmm… co druga jego powieść) zachwycają językowo i fabularnie. To sprawia problemy przy czytaniu.
Przykładowo książki Dicka zachwycały jedynie fabularnie. Dick miał niesamowitą wyobraźnię i co chwile zaskakiwał nowymi pomysłami – ale bez żalu omijało się długie opisy i fragmenty bez dialogów.
Robert MacLiam Wilson (autor mojej ukochanej ‘Ulicy Marzycieli’) zachwyca językiem, środkami wyrazu. Można spokojnie przedzierać się przez kolejne karty i cieszyć się czytanymi zdaniami. Nic człowieka nie pogania.
A Lem? Gdy pierwszy raz czytałem ‘Katar’ – była to nieustająca walka z samym sobą. Ogromna ciekawość dalszego ciągu historii każe rozpędem przebiegać po kolejnych kartach powieści, a jednocześnie przyjemność sprawia mozolne czytanie każdego kolejnego zdania. Za pierwszym razem wygrała ciekawość i fabuła. Tym lepiej teraz dla mnie.
Co dalej? Padło na ‘Klinikę Kukieł’ – bolesna dla mnie książka. Nie lubię jak ktoś tak otwarcie piętnuje moje wady :)
A skoro o książkach mowa, uporządkowałem też swoją domową biblioteczkę, przy okazji uzupełniając niepodpisane pozycje. Niestety wciąż wygląda zbyt skromnie, by się nią pochwalić. Dominują kryminały i powieści obyczajowe (to szeroka kategoria). A w najbliższych dniach trzeba będzie znów odwiedzić księgarnie, dołożyć kolejną cegiełkę.
19:46, venomik
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 października 2009
Retrospekcja
Brak komputera nie oznacza automatycznie śmierci bloga. Ani nawet śpiączki. Wbrew pozorom przez ostatnie dni miał się lepiej niż zazwyczaj, pojawiały się nowe pomysły, powstawały kolejne notki. Te spisywane były oczywiście bez klawiatury. Musiałem sięgnąć po kartkę i długopis. Jak człowiek pierwotny.
Na weekend wyjechałem do rodziców, więc co dam radę spisać i zredagować – pojawi się tutaj.
A dysk? Póki co nic w zasadzie nie zrobiłem w kierunku jego naprawy, więc nie ma co liczyć na mój szybki powrót do sieci.
I aktualność na blogu.


Jest już 11 października. Już – północ minęła ledwie godzinę temu. Siedzę w fotelu na balkonie, przed zimnem chronią się polarem i gorącą zupką w kubku. To żurek z grzankami. I delikatnym posmakiem pomidorów (komu by się chciało o tej godzinie dokładnie myć kubek?). Przez odsłonięte okno sączy się akurat tyle światła, bym mógł cokolwiek pisać. Uchylone drzwi wpraszają chłód do pokoju, ale pozwalają też słyszeć muzykę. Przez wąską szparę pełznie leniwie ‘Dream, a little dream on me’. Kiedyś uwielbiałem tę piosenkę, teraz przypadkiem odnalazłem ją na płycie. Brak komputera oznacza też brak własnej muzyki, radio męczy mnie już po godzinie słuchania, pozostał tylko przegląd starych płyt.
‘Stars shining bright above you’.
To akurat bzdura. Metr ode mnie, za poręczą balkonu, leje deszcz. Pochmurne niebo jest bezgwiezdne, na domiar złego wściekle pomarańczowe. Za to można nie lubić tego miasta. Poznańscy romantycy nocą mogą tylko śpiewać serenady albo skakać z mostu z kamieniem u szyi.
Ale teraz dla mnie – tym lepiej.
‘…to whisper I love you’
Jest coś, o czym nie zdążyłem Wam powiedzieć. A po moim milczeniu wieści straciły na aktualności i, że tam powiem, odwróciły swój wydźwięk.
Jeszcze niedawno mógłbym Wam radośnie napisać, że spotykam się z pewną ciekawą dziewczyną. Dziś, już bez tej dozy radości, napiszę, że nasza znajomość dogorywa. Ale nie pytajcie dlaczego.
Dokładnie 4 tygodnie po naszym pierwszym spotkaniu niedoszły związek zakończył swoje życie. Tyle czasu potrzebowałem, by zrozumieć, że to nie tego szukam. Długo? Może macie rację.
Jarek: Ty chciałeś się rozstać czy ona?
Ryś: Ja
Jarek: Szkoda, ładna dziewczyna
Ryś: Nawet bardzo
Jarek: I nie chciałeś jeszcze trochę poczekać, żeby móc…
Ryś: Nie

Jarek to mój współlokator. Mieszkamy ze sobą już trzeci rok, znamy się szósty, ale to chyba najbardziej otwarta rozmowa jaką kiedykolwiek przeprowadziliśmy.

Cała ta historia uświadomiła mi dwie rzeczy. Jedną – zachowam dla siebie. Ale druga nadaje się do publikacji :)
Zawsze fajnie jest mieć na kogoś liczyć. ‘Pizza przyszła!’ – usłyszałem w słuchawce domofonu kobiecy głos wczoraj o godzinie 23. Mimo śmiesznie późnej godziny na zamawianie pizzy, mimo chichotów z domofonu – machinalnie spytałem Jarka i Anetę czy nie zamawiali pizzy. Zaprzeczyli.
Panna P. i Panna B. jeszcze długo się ze mnie nabijały z tego powodu. Że nie poznałem po głosach, że na tak absurdalnego powitania – złapałem przynętę.
Zwykle nie lubię niezapowiedzianych wizyt, ale ta mnie naprawdę wzruszyła. Ledwie kilka godzin po tym, jak przyznałem w rozmowie na gg, że ta znajomość nie jest tym, czego szukam. W godzinę wybiły mi wszelkie niepotrzebne myśli z głowy.
Naprawdę fajnie jest mieć na kogo liczyć.

13:21, venomik
Link Komentarze (4) »
niedziela, 11 października 2009
Awaria
Znów mam problem z komputerem, niestety. Chwilowo więc nic nowego tutaj się nie pojawi, bo problem z dyskiem raczej szybko nie zostanie rozwiązany.
Wróciłem do starodawnego pisania długopisem na kartkach papieru.
Już zdążyłem zapomnieć, że to w ogóle możliwe ;)
15:45, venomik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 października 2009
Odkurzanie
Znów mi się blog lekko zakurzył. Najwyższy czas chwycić po ściereczkę… pardon, klawiaturę i spróbować doprowadzić wszystko do porządku. A powody są dwa. Pierwszym z nich to marudzenie motywowanie dwóch osób, które się domagają nowych wpisów. A drugim, bardziej prozaicznym, są nieudane eksperymenty kulinarne.
Bezpośredni efekt eksperymentów spłynął chwilę temu rurami ściekowymi, ten pośredni wciąż unosi się w powietrzu. Dusi i gryzie w gardło. Spotkana w przedpokoju współlokatorka patrzyła na mnie krzywo (a może tylko wstrzymywała zbyt długo oddech?), więc otworzyłem w kuchni szeroko okno i czmychnąłem wstydliwie do pokoju. A tu nie ma co robić.
Właśnie, opowiadałem Wam o nowej współlokatorce? Pytanie retoryczne, wiem, że nie. Wraz z jej wprowadzeniem zapanowały w mieszkaniu trochę inne zasady. Jakoś z Jarkiem poskromiliśmy nasz zapał do bałaganienia. Panna P. nie może wyjść z podziwu. Czysto w łazience, w kuchni naczynia pozmywane, na półkach wszystko poukładane. Już nie muszę się do gości zwracać ‘POCZEKAJ TU, a ja pójdę do kuchni zrobić herbatę’.
Ale wracając do współlokatorki – ma bardzo apetyczne podejście do zdobywania sobie sympatii.
Już na początku dostaliśmy od niej po piwie i grześku, a później jeszcze czekoladę na Dzień Chłopca. Trzeba będzie się odwdzięczyć na dzień kobiet.

Co robię? Obecnie słucham nałogowo jednej piosenki, która mnie w pewien sposób hipnotyzuje. I nie mogę przestać jej słuchać. Teraz też leci.
Przy okazji rozmyślam o weekendzie. Zostało mi z niego kilka miłych wspomnień, garść znaków zapytania... i książka. Zakupiona na dworcu poznańskim za cztery złotówki, opowiada o przygodach Arsene Lupina – rabusia gentelmana. Wiele razy miałem sięgnąć po książkę o nim, ale jakoś nigdy nie było okazji. Aż do soboty.
W trakcie czytania, na 40 stron przed końcem zaświtały mi w głowie pewne obawy, 30 stron później przerodziły się w pewność.
Sięgnąłem po radę wikipedii i westchnąłem – mimo dwudziestu minut wybierania spośród kilku (kilkunastu?) możliwości pechowo sięgnąłem po pierwszą część dwutomowej przygody. Jutro pomaszeruje na dworzec, może drugą część też mają. Póki co zagadka pozostaje nierozwiązana, a główny bohater, zdemaskowany, znalazł się w nieciekawym położeniu.
Kryminalny niedosyt pozostał. Taka książka bez suspensu, jest niczym seks bez orgazmu (wersja dla mężczyzn) albo centrum handlowe bez wydanego grosza (wersja dla kobiet). Krótko mówiąc: bez sensu.
Uratował mnie przypadek. Szukając zupełnie innego pliku natknąłem się na film Podwójne Ubezpieczenie – czarny kryminał z 1944 roku, który ściągnąłem, gdy zafascynowało mnie kino noir (głównie jeszcze starszy Sokół Maltański) i aż do dzisiaj pozostał nieobejrzany.
I dobrze się stało. Bo film jest naprawdę znakomity (pewna osobo z książkowym imieniem – masz absolutny zakaz oglądania!) i poprawił mi nadwątlony ostatnio dobry nastrój. Tak, jestem aż tak płytki :] 

I na koniec – wspomniana wcześniej piosenka:

13:44, venomik
Link Komentarze (2) »