Okulary przeciwsłoneczne




Lubię czytać
Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Fotoprzepisy | Mój codziennik
RSS
czwartek, 29 września 2011
Rude loki
Jak wszystkie szczęśliwe historie także ta ma wiele początków i niezapisany jeszcze koniec. Niestety snując opowieść trzeba się zdecydować na jeden z nich - i nie jest to łatwy wybór. Sugestia by zacząć od tego najstarszego jest urocza w swojej prostocie. I naiwna.
Opowieści tak nie powstają. Nie, jeśli te pierwsze początki tylko czasami wydają się być takowymi. Równie często wartość tych dawnych wydarzeń jakby blaknie i stają się nieznaczącymi nic drobiazgami, bez których dalszy ciąg biegłby dokładnie tak samo.
Więc co jak takie wydarzenie można nazwać jakimkolwiek początkiem? Nie ma w tym większego sensu.
I za grosz romantyzmu…
Najczęściej rozpoczynam od momentu, w którym kolejne następstwa widać nie tylko w mojej głowie czy domysłach, ale i wprost w działaniach. Posłuchajcie więc krótkiej opowieści – a będzie to historia o zbiegach okoliczności.

Pierwszym z nich była data odwiedzin rodziców. Miało to być tydzień wcześniej, dlaczego nie było – nie wiem. Być może spóźniłem się na pociąg, może kolidowało mi to z meczem Juventusu a może mi się po prostu nie chciało. Ot, traf.
Nie mogę powiedzieć dlaczego ostatecznie wybrałem się tydzień później, z moją siostrą. Która też dość spontanicznie i zaskakująco postanowiła jechać i zabrała mnie autem ze sobą. Traf chciał, że radio było popsute i można było słuchać wyłącznie jednej stacji. Kolejny, że akurat w chwili naszego milczenia leciał spot reklamujący ‘Akademię Przyszłości’. Program w którym pojedynczy wolontariusz otrzymuje pod swoją opiekę ucznia ze szkoły podstawowej i ma go prowadzić przez rok szkolny, pomagając w nauce na cotygodniowych spotkaniach, realizując hasło ‘przez zabawę do nauki’. Sam nie wiem dlaczego – ale postanowiłem się zapisać i tak miesiąc później miałem przydzieloną uczennicę.
Oprócz nauki organizowaliśmy także dla wszystkich dzieci okolicznościowe eventy: gra w podchody, zabawy szkolne a raz także kurs tańca. W czym też palce mieszał zbieg okoliczności.
Nie było natomiast przypadkiem to, że dzieci z naszej szkoły na zajęcia tańca odprowadzałem ja. Byłem tam osobą od nagłych potrzeb. Jeśli nikt nie miał czasu to proszono mnie. Ja nie odmawiałem.
Były ferie zimowe anno domini 2010. Temperatura wieczorem sięgała 15, nawet 20 stopni poniżej zera. Jak się słusznie domyślacie – nikt akurat nie miał czasu. Wcale mnie to nie zdziwiło :)  Na piętnastu tutorów (tak nas zwano) i cztery spotkania: trzykrotnie odprowadzałem dzieci ja.
I tak poznałem instruktora tańca u którego uczę się do dziś. Nie byłoby tego jednak gdyby nie jego zainteresowanie naszym projektem. Akademia Przyszłości przypadła mu do gustu i w ramach swoistej promocji pozwolił uczestnikom przez pierwsze miesiące chodzić na zajęciach za symboliczną opłatą. Ot, kolejny przypadek bez którego nie byłoby mnie na kursie.
Teraz musimy przesunąć się niemal rok do przodu, do początku obecnego roku. Wiele się na kursach tańca zmieniło – już nie jestem łamagą taneczną, która z miejsca współczuje wszystkim swoim partnerkom. Nabrałem umiejętności, pewności siebie i poważnie zacząłem myśleć o startach w turniejach (te przyszły szybciej, niż się spodziewałem).
Ale wróćmy na właściwy tor. Wbrew pozorom nie jest to historia mojego tańca, lecz opowieść o zbiegach okoliczności. I szczęściu.
Jest styczeń obecnego roku. Instruktor postanawia zrobić wewnętrzny turniej tańca towarzyskiego. Krótko wcześniej straciłem moją stałą partnerkę taneczną (ale tego tematu rozwijał nie będę). Pierwsza próba znalezienia (wybrania ;-) ) nowej okazała się tragiczna. Twardo zaklinałem więc, że w żadnym turnieju wewnętrznym startować nie będę. I tak tydzień po tygodniu – aż krótko przed zawodami usłyszałem, że jeśli bez dobrego powodu nie zatańczę to zostanę wyrzucony z klubu tańca.
Nie miałem wyjścia…
Cóż, jedna z dwóch najlepszych partnerek była wolna. Wzruszyłem ramionami i spytałem czy nie zatańczy ze mną w turnieju.
Wiecie co? Szczęście było po mojej stronie.
Odmówiła.
Również nie chciała startować i nosiła się z zamiarem rezygnacji z tańca. Spytałem więc kolejną dziewczynę. Wolną partnerkę, którą sam podczas zajęć często prosiłem do tańca.
Po części dlatego, że lubiłem z nią tańczyć.
Po części dlatego, że mi się zwyczajnie podobała.
Ale głównie dlatego, że fascynowały mnie jej kręcone i ognisto rude włosy…

I tak oto zamknął się ostatni z kluczowych przypadków. Jak wspominałem – to była historia nimi wypełniona. Historia szczęśliwa. I niezakończona.
Minęło 7 miesięcy. Nie wiem co będzie dalej. Nie wiem co przyniosą kolejne przypadki.
Obecnie napawam się porankami, kiedy otwieram oczy, myślę o tym, co zdradziłem wam powyżej i stwierdzam, że jednak jestem szczęściarzem. Że los jest po mojej stronie.
A jedynym zmartwieniem jest fakt, że rude loki nie zawsze mogą się budzić obok mnie.
07:50, venomik
Link Komentarze (3) »
sobota, 03 września 2011
Tango
Dawno temu trafiłem przypadkiem na blogową notkę (mam ją w zakładkach, ale się nie podzielę) w której autor spisał sto rzeczy, które pragnie zrobić przed śmiercią. Miał je z biegiem czasu stopniowo wykreślać. I faktycznie, część już zastałem skreśloną – autor odwiedził między innymi wyspy kanaryjskie (obecnie skreślonych jest już osiemnaście celów).
Powodowany impulsem postanowiłem stworzyć własną listę stu. Szło mi na tyle dobrze, że po kilku dniach miałem już 40 punktów i chciałem je stopniowo uzupełniać.
Zapomniałem.
Wróciłem do tego po kilku tygodniach i z pewnym zaskoczeniem zauważyłem, że kilka punktów już mam spełnionych. Przyjąłem to z rozczarowaniem i pewnym niesmakiem. Lista była w pełni autorska, niemniej poczułem się jakby ktoś mi przy skoku wzwyż podstawił drabinę. Marzenia na życie, a jakoś tak łatwo poszło…
Skasowałem większość. W tym wszystkie wypełnione. Zwiększyłem trudność wielu z nich, by znów nie rewidować listy po kilku tygodniach. I słusznie, minęły miesiące i wykreślanka nadal jest pusta. Cieszy mnie to niczym alpinistę cieszy widok ściany skalnej – przerażającej, lecz czekającej na pokonanie.
Lista od dawna ma dokładnie 40 pozycji. Nie mówię jednak, że nie zbliżyłem się do wykonania żadnej, wręcz przeciwnie. W przypadku kilku z nich stałem się zaskakującym optymistą.
Numer 12: przebiec półmaraton. Podpuszczony przez znajomych i zdradzony przez bezwzględne męskie ego dwa tygodnie temu, bez przygotowania fizycznego i psychicznego, przebiegłem około 19 kilometrów. Fakt, później słaniałem się na nogach i musiałem kilka razy kłaść się nocą na ulicy, żeby odpocząć – ale znam swoje możliwości – mając wodę i żele energetyczne wiem, że półmaraton przebiegnę.
Numer 30: skompletować całą beletrystykę Lema z Gazety Wyborczej. Brakuje mi już tylko kilka pozycji (wtedy zajmę się uzupełnianiem zbiorów esejów, itp.)
Numer 25: Poczuć, na czym polega prawdziwe tango turniejowe (nie mylić z argentyńskim!).
Tak, dokładnie – poczuć. Spośród całej dziesiątki tańców towarzyskich to właśnie tango interesowało mnie najbardziej. I pragnąłem zatańczyć je tak naprawdę, zrozumieć choć część z tego, co czują prawdziwi tancerze.

Na początek muzyka. Czyste tango – o niepodważalnym charakterze, pełne pasji i wyrywającej się energii. Krok w przód, spojrzenie w oczy, gwałtowne przyciągnięcie partnerki. Udo przy udzie, biodro przy biodrze. Teraz rama, gwałtowna i stanowcza. Usztywnić sylwetkę, poczekać na odpowiedni takt…
Krok w przód. Spychające się uda, ocierające się biodra. Drugi krok, spojrzenia wciąż skierowane na siebie. I nagły impuls, dwa szybkie kroki, ruch bioder, skierowanie partnerki do przodu.
Pauza.
Wolny, szybki, szybki… ostrym ruchem przyciągnąć partnerkę do siebie, spojrzeć w oczy i nagłym impulsem znów skierować ją do przodu. Poczuć się jak Gaucho, prekursorzy tanga, którzy swoją męskością i wizerunkiem macho w tańcu przyciągali najpiękniejsze kobiety w barze. Kolejna pauza. 

Nie jestem naiwny. Nie wykreśliłem 25 pozycji z listy. Rok temu, po trzech miesiącach nauki tańca, pomyślałem, że wreszcie wiem na czym polega walc angielski.
Oczywiście nie wiedziałem. Dziś się z tego śmieję.
Mam więc nadzieję, że moje dzisiejsze wrażenie odnośnie tanga za rok też wyda mi się śmieszne.
Kto wie, może wtedy wlaśnie 25 pozycja zostanie skreślona na zawsze.

14:12, venomik
Link Komentarze (3) »