Okulary przeciwsłoneczne




Lubię czytać
Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Fotoprzepisy | Mój codziennik
RSS
poniedziałek, 29 września 2008
Rozczarowanie
Oparte na faktach autentycznych:
Wchodzi Ryś do netu obejrzeć mecz Ligi Mistrzów a tam poniedziałek*


*Na podstawie dowcipów: wchodzi facet do windy, a tam schody. Oraz: wchodzi facet do windy, a tam wąż nogi myje.

22:36, venomik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 września 2008
Wróżby

Kontynuacja tematu zapoczątkowanego kilka notek wcześniej. Tym razem zajrzymy tam, gdzie zwykły śmiertelnik zagląda rzadko i przyjrzymy się temu, co zwykle pozostaje zakryte...
Innymi słowy: będziemy oglądać herbaciane fusy.

Najpierw część teoretyczna:
· Filiżanka powinna być wykonana z naturalnego tworzywa, np. porcelany.
· Powinna być gładka, bez żadnych wzorów, ponieważ te mogą utrudnić wróżenie.
· Herbata nie powinna być sproszkowana, lecz powinna mieć jak największe liście.
· Herbatę przyrządza się normalnie, bez żadnych dodatków. Musi wypić ją osoba, której chcemy wróżyć.
· Herbaty nie wypija się do końca. Powinno zostać tyle napoju, by niemal zakrywał fusy.
· Następnie trzymając filiżankę w lewej ręce, trzykrotnie nią zakręcamy w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara i gwałtownie odwracamy ją do góry dnem, by wypłynęła z niej reszta naparu.
· Teraz możemy śmiało przystąpić do wróżenia:


wrozbaNa pozostawione w filiżance fusy patrzy się pod różnymi kątami. Chodzi o to, aby wzór, w jaki się ułożą przypominał nam coś więcej, oprócz kupki fusów. Czasem jednak może się zdarzyć, że, mimo najszczerszych chęci, listki ułożą się tak, że nic nie zobaczymy. Wówczas należy powtórzyć wróżbę, ale w innym dniu. Widać dzisiaj wyrocznia nie może nam udzielić żadnych informacji.
Jeśli jednak uda nam się zauważyć jakiś kształt, wówczas należy go interpretować zgodnie z naszą sytuacją życiową. Ważne jest również, aby pamiętać, że im bliżej ów symbol znajduje się uszka filiżanki (ono symbolizuję dom i osobę, której wróżymy), tym większą rolę przepowiednia odegra w życiu tej osoby, dla której jest wróżba. Strona przeciwna do uszka symbolizuje zaś obcych ludzi i wydarzeń poza domem. Należy również pamiętać o tym, że symbole znajdujące się bliżej brzegu filiżanki obrazują sytuacje, które wydarzą się w niedalekiej przyszłości, te zaś, które ukazują się na dnie, dotyczą sytuacji mających się wydarzyć w dalszej przyszłości. Ważny jest również rozmiar symbolu. Im jest większy, tym większą rolę odegra w życiu osoby, dla której jest wróżba.
Symbole dobre:
anioł, arka, bukiet, but, byk dąb, figa, girlanda, gołąb, kaczka, korona, kosz kwiatów, krąg, krowa, kukurydza, pszczoła, ptak, róg, róża, słoń, statek, żołądź.
Symbole złe:
chmury, flaga, czaszka, klepsydra, kosa, krzyż, kwadrat, łuk, małpa, miecz, mysz, nietoperz, sowa, strzelba, wrak, trumna, sztylet.

Arka – bezpieczne schronienie od niebezpieczeństw. Jesteś w krytycznym położeniu, lecz lada dzień uda Ci się wybrnąć z kłopotliwych sytuacji.
AS – w najbliższym czasie staniesz w obliczu konieczności podjęcia ważnych decyzji.
Balon – w pobliżu Ciebie czai się niebezpieczeństwo.
Bęben – symbol niepomyślnej wróżby. Twoje dobre imię jest obiektem ataków.
Ciastko – weźmiesz udział w uroczystości.
Cygaro – załamanie się ważnego projektu.
Cyrkiel – zostanie Ci powierzony nowy projekt.
Dyby – zapowiadają ograniczenie.
Dynia – wzrost i zmiana.
Dzwon – przepowiada oświadczenie, które będzie miało wpływ na Twoje życie.
Flaga – zapowiedź niebezpieczeństwa.
Kilof – nieustraszony charakter.
Klucz – rozpoczęcie nowych projektów.
Koniczyna – pomyślność losu.
Krzyż – oznacza cierpienie.
Księżyc – zapowiada romans.
Miecz – kłótnie.
Owoc – dobrobyt.
Serce – uczucie, miłość.
Tory – podróż, daleka droga.


Mimo szczerych chęci nie udało mi się nigdzie dojrzeć księżyca. Może pomożecie w interpretacji? :)

źródło: http://herbata.info.pl
22:10, venomik
Link Komentarze (4) »
Wpis dziękczynny
Tłumaczycie czasem swoje (nazbyt widoczne) niedoskonałości zewnętrznymi czynnikami?
Zupa byłaby smaczniejsza, gdyby pomidory były świeże.
Moje ciało byłoby idealne, gdybym miał więcej wolnego czasu.
Byłbym kochankiem idealnym, gdyby nie moja męcząca praca.
Byłabym piękniejsza, gdybym mogła kupić droższe kosmetyki…
(przy okazji: nie, nie byłbyś i nie, nie byłabyś)

Ja, niestety, czasami też.
Mój talent plastyczny objawił się dość szybko. Tym, którzy skrytykowali mnie w myślach za brak skromności mógłbym pokazać moje ‘dzieła’, a wtedy stałoby się jasne, jakiż to ja talent posiadam. Słowem: mizerny. Na pewno nie taki, którym mógłbym się gdziekolwiek chwalić. Już w przedszkolu wiedziałem, że mój samochód wygląda jak czołg, a kot jak nosorożec.
Od zawsze zazdroszczę ludziom, którzy potrafią ładnie rysować (poza samotnego artysty działa na kobiety jak magnes) bądź śpiewać (lubię, lubię, lubię… ale z dobrego serca unikam śpiewania przy ludziach).
Tym bardziej sam się zastanawiam, co mnie podkusiło na ten… eksperyment?
Cóż, powiem wprost. Dziękuję Tobie, Magdo! Teraz wiem, że moje Beztalencie Artystyczne dopiero w kontakcie z profesjonalnymi przyborami malarskimi ukazuje swoje prawdziwe oblicze. Aż niemal poczułem się z tego dumny. Przy beztalenciach innych osób, moje Beztalencie wyróżnia się momentalnie. Poziom nieosiągalny dla innych :)

Kolejne podziękowania: dla Pawła. Za wyśmianie skrytykowanie zdjęcia z porzeczkami widniejącego w pierwszym stylu tego bloga. To sprawiło, że rozpocząłem poszukiwanie czegoś nowego. Następnie dla Owcy, za wyśmianie skrytykowanie wszystkiego, poza zdjęciem, w stylu kolejnym. I za pomoc w znalezieniu tego idealnego. Bo obecny wygląd przypadł mi niezmiernie do gustu.

I na koniec podziękowania dla Panny B i Panny P. Za udowodnienie mi, że czasem stać mnie na naprawdę anielską cierpliwość (znajdź białą koszulę, to już odnieś, to bierzemy, tego nie, to do odwieszenia, to potrzymaj, tamto podaj) i potrafię zachować dobry humor w sytuacjach, kiedy zupełnie się o to nie posądzałem.
Wiedza przydatna, ale niewarta wykorzystywania.
00:49, venomik
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 września 2008
Groteska przy stole
Występują:
Iwona w roli siostry, której śniadanie wyostrzyło dowcip.
Krzyś w roli jej mężczyzny. Z fochem.

Typowa rozmowa przy kuchennym stole. Czyli o kaloriach i ich wpływie na męskie ciała:

Krzyś:
Ja już Ci mówiłem, jak to jest. Każdy ptaszek musi mieć swój daszek.
Iwona:
Gdyby jeszcze był proporcjonalny...
Krzyś: (nieskromnie)
Mam duży brzuch!
Iwona:
Właśnie za duży.
(męska konsternacja)
Krzyś:
Teraz to mam focha!

Kurtyna opada niczym...
21:52, venomik
Link Komentarze (2) »
środa, 24 września 2008
T-Ryś
Jako że częściową anonimowość porzuciłem już dawno, choćby podając mój adres mailowy oraz numer gadu (choć nie tylko), to mogę śmiało dać kolejny krok do przodu.
Z połączenia niechęci do pełnej jawności oraz zamiłowania do informatyki – powstał T-Ryś.
23:16, venomik
Link Komentarze (3) »
Z życia internauty

W życiu każdego internauty przychodzą takie chwile, kiedy ma on ochotę poprzegryzać dzieciom kable by ich odizolować od komputera. Pamiętam czasy, kiedy jeszcze korzystało się z modemu. Osoba zwana Dzieckiem Neo nie miała racji bytu, nie tylko dlatego, że neostrada nie istniała. Nikt nie pisał głupot w rytm programu obwieszczającego upływ kolejnego impulsu.

A teraz? Internet jest niemal w każdym domu, co zdecydowanie światowej sieci nie wróży.
Biada Ci, jeśli chcesz skomentować coś na Onecie.
Biada, jeśli napiszesz złe słowa pod adresem popularnej piosenkarki.
Biada, jeśli zaczniesz przeglądać przypadkowe blogi (lepiej zostań tutaj ;) ).
A jeśli korzystasz z gadu i przypadkowo odezwałeś się do obcej osoby? Przepadłeś.

Oto dowód:

 W tym miejscu rozmowa się urwała. Miałem nadzieję, że na dobre. Niestety Dziecię NEO miało wobec mnie inne plany:

Ale i to nie pomogło. Zacząłem się rozglądać gdzie wsadzić moją kulturę. I jak głęboko.

 

I tak skończyła się nasza krótka, choć burzliwa, znajomość :)

02:36, venomik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 września 2008
Herbata
HerbataJako dziecko nie przepadałem za herbatą. Piłem tylko to co najgorsze - czarną, granulowaną, za 90 groszy z osiedlowego sklepu spożywczego. Herbata zielona była zwyczajnie obrzydliwa, herbata czerwona była jeszcze gorsza, a herbaty owocowe smakowały jak rozwodnione soki. Herbata liściasta nieuchronnie przywoływała mi na myśl zwykłą herbatę, do której ktoś złośliwy wlał damskie perfumy. Nie mogłem ich pić, nawet jeśli nie miałem innej do wyboru.
Z czasem moje podejście zupełnie się zmieniło. Wciąż nie znoszę herbaty owocowej, czerwonej, zielonej – kupowanej w sklepie spożywczym. Pominąłem ten krok edukacji herbacianej na rzecz herbat mieszanych - kupowanych w herbaciarniach, czyli takich herbat jak Bora-Bora (Hibiskus, jabłko, papaja, rodzynki, owoce czarnego bzu, czarna porzeczka, malina, truskawka, kwiaty słonecznika i bławatka) czy Mały Budda (Sencha z kawałkami ananasa, papai, lukrecji, drzewa sandałowego, czerwonej papryki, kwiatami rumianku), których zdjęcia możecie zobaczyć w tej notce (nawiasem mówiąc właśnie delektuję się Małym Budda, jakkolwiek zabawnie to brzmi).


Bora boraHerbata
jest wiecznie zieloną rośliną, ma skórzaste liście, małe, białe lub różowe wonne kwiaty i niewielkie brązowe zdrewniałe owoce. Wyróżnia się dwie podstawowe odmiany herbaty: chińską i asamską. Ta pierwsza jest wysokim drzewem osiągającym wys. od 3-4 m. Odmiana asamska jest drzewem dziko rosnącym (w Indiach i Indochinach) osiągającym wys. od 15-20 m. Czas zbierania herbaty zależy od tego gdzie znajduje się plantacja, np.: na Cejlonie herbatę zbiera się co 10 dni. Zbieraczka może dziennie zebrać ok. 30 tys. pędów. Najlepszą herbatę wyrabia się z najmłodszych listków. Jest wtedy bardziej aromatyczna.
Dokładnie niewiadomo skąd pochodzi herbata. Za jej ojczyznę podaje się Chiny. Według podania Indyjskiego pewien święty dostał od bogów krzew herbaciany i wdzięczny za ten dar wędrował po świecie jako pielgrzym. W końcu dotarł do Chin i tam zainteresował ludzi nieznaną dotąd rośliną.
Z kolei inna legenda Chińskiej prawi, że cesarz Schen-Nong (Boski Rolnik) około 3 tys. l.p.n.e. odpoczywał pod drzewem herbacianym, gdy do czarki z gorącą wodą wpadło mu kilka liści herbaty. Zachwycił się smakiem i aromatem naparu, przekonał się, że ma cudowny wręcz wpływ na przewód pokarmowy, nazwał drzewo cha i podarował je ludziom. W taki sposób zaczęła się historia herbaty w Chinach.  
Początkowo pito herbatę właśnie tak tzn. wrzucano liście do gorącej wody i pito gorzki napar lecząc nim reumatyzm, zmęczenie i choroby oczu. Później z parzonych liści z dodatkiem cebuli, wonnych korzeni i skórki pomarańczy smażono placki.
Z czasem zaczęto rozcierać liście na proszek i za pomocą bambusowych trzepaczek, ubijano je z wodą na pianę. Dziś właśnie tak pije się herbatę w Chinach. Około V w. n.e. Chińczycy zaczęli ją pić tak powszechnie, że stała się ich napojem narodowym. Do Europy została przywieziona przez holenderskiego kupca w 1610 r. Początkowo była pita jako lekarstwo i dopiero w XVIII w. została uznana za napój. W Polsce wzmianki o niej można już znaleźć w dziełach XVII w. poetów, a także XVIII w. takich jak np.: I. Krasicki. Herbata rozpowszechniła się na świecie dopiero w XIX w.

Mały buddaZe względu na sposób wytwarzania herbaty dzielimy je na:

Herbata Czarna - składają się na nią listki sfermentowane. Stanowi ona 98% światowego handlu i jest produkowana głównie przez Chiny i Indonezję.

Herbata Zielona - jest bardziej gorzka od czarnej i ma piękny słomkowy kolor. Stanowi ona podstawę Japońskiego ceremoniału picia herbaty. (patrz "Chanoyu") Rozpowszechniona głównie w krajach Azji Wschodniej.

Herbata Żółta - pośrednia pomiędzy czarną, a zieloną. Poddawana jest temu samemu procesowi co ta pierwsza, tyle tylko, że w herbacie żółtej etap fermentacji zostaje nagle przerywany. Występuje wyłącznie w Chinach. W Europie bardzo mało znana.

Herbata Biała - herbata ta nie podlega żadnemu procesowi. Zbiera się ją tylko raz roku i tylko ręcznie. Natychmiast po tym zostaje ona suszona. Przez prawdziwych znawców jest uznawana za najwyższy gatunek.

Herbata Czerwona - ulega krótkiej fermentacji, co czyni jej właściwości bliskimi do herbaty czarnej. Produkuje się je przede wszystkim w Chinach. Liście tej herbaty są zawsze całe, nie połamane od razu po zerwaniu poddawane obróbce. W wyniku krótkiego procesu fermentacji brzegi i koniuszki liści mają czerwony odcień. Herbaty czerwone uzyskały w handlu międzynarodowym nazwę Oolongi. Mają intensywny, trochę korzenny aromat i zapach. Ponad to charakteryzują się wysoką ekstraktywnością i dużą zawartością taniny.

Herbaty Aromatyzowane - sporządza się je z różnego rodzaju herbat (m. in. czarnej, zielonej, żółtej). Wszystko dzieje się w tzw. bębnach obrotowych, w których do kręcących się listków dodaje się troszkę płatków kwiatowych, skórki z owoców (np. pomarańczy). Można też rozpylić wewnątrz bębna olejki zapachowe, np. owocowe, kwiatowe, korzenne, a nawet niektóre alkohole. Najbardziej znaną herbatą aromatyzowaną jest Earl Gray.

Herbata Mate (tzw. Yerba Mate) - na Polskim rynku jest już od dawna. Herbata ta uprawiana jest w Argentynie, w prowincji Misiones. Jest to napar z liści ostrokrzewu paragwajskiego. Nazwę temu napojowi nadali (prawdopodobnie) misjonarze jezuiccy.

źródło: http://herbata.info.pl
22:28, venomik
Link Dodaj komentarz »
Przeszłość za 10 pensów
Tutaj dziś miała pojawić się zupełnie inna notka. Jednak złośliwy los mocno ograniczył dziś mój wolny czas. Pojawi się jednak coś zastępczego, coś szokującego, coś absolutnie niesamowitego. Nie odchodźcie więc od monitorów.
Musze więc poprosić wszystkich, którzy mnie lepiej znają, by usiedli teraz. Wiem, że czytanie blogów stojąc przed komputerem nie jest popularne, ale uwierzcie mi, to niezbędna ostrożność.
A więc:
Ryś
Kilka dni temu…
Wybrał się…
Na…
Imprezę – do klubu, gdzie chodzi się potańczyć.
I tańczył…


Tak, wiem co myślicie. Nie, to nie tak, że zostało mi 30 dni życia. Nie, nie uderzyłem się w głowę, nie jadłem śmiesznie wyglądających grzybów i nie przyjmowałem ciasteczek od nieznajomych. Poszedłem potańczyć z własnej woli, w pełni zdrowy na ciele i umyśle.
Z drugiej strony Panna P zapewne nie powiedziałaby, że poszedłem potańczyć. Poszedłem posiedzieć i potańczyć, może posiedzieć, napić się i potańczyć. Albo jeszcze lepiej: posiedzieć, napić się, porozglądać i potańczyć. Taka kolejność niezbędna.
Niemniej – tańczyłem. Ale nawet to jeszcze nie jest aż tak wielkie. To najbardziej szokujące miało dopiero nadejść.
W środku imprezy zniknąłem na godzinę. Nikt nie wiedział gdzie byłem, na początku miałem w planach jedynie wyjść zaczerpnąć świeżego powietrza.
Po powrocie odpowiedziałem, zgodnie z prawdą (!), że poznałem dziewczynę, porozmawialiśmy i odprowadziłem ją do mieszkania.
Stuk.
Łoskot szczęk opadających na podłogę. Nie moich, oczywiście:
Ryś – podrywacz?! Poznał na dyskotece dziewczynę, odprowadził ją, któż wie co jeszcze robili… cuda niewidy, świat staje na głowie! Ja się jedynie mogłem uśmiechnąć.


Tam, ta dam, tadadada, ta dam!
Teraz chwila oddechu, zapraszamy do okolicznościowego Kącika Prozy Nieprzeciętnej! Prosimy, zostańcie przy monitorach. Nie przewijajcie na koniec notki!


Zaprowadziła kaprala Nobbsa do maleńkiego saloniku. Sporą jego część zajmował okrągły stolik przykryty zielonym suknem. Na blacie leżała kryształowa kula, niezbyt dokładnie osłonięta różową szydełkowaną damą w krynolinie.
Zapach kapusty dryfował przez pokój. Pani Cake wskazała Nobby’emu krzesło. Usiadł posłusznie.
– Taki gość w barze mówił mi o pani – wymamrotał. – Powiedział, że pani mediumuje.
– Czy zechciałbyś wyjaśnić, na czym polega twój problem? – zapytała pani Cake. Raz jeszcze zbadała Nobby’ego wzrokiem, po czym z całkowitą pewnością, która nie ma nic wspólnego z prekognicją, a wszystko z obserwacją, dodała: – To znaczy, o którym ze swoich problemów chciałbyś się czegoś dowiedzieć?
Nobby odchrząknął.
– Ehm... to jest... tego... wie pani... trochę osobiste. Sprawy serca i takie tam...
– Czy chodzi o kobiety? – spytała ostrożnie pani Cake.
– No... mam nadzieję. A można inaczej?
Pani Cake odprężyła się wyraźnie.
– Chciałbym tylko wiedzieć, czy jakieś spotkam – ciągnął Nobby.
– Rozumiem. – Samą mimiką twarzy wykonała coś równoważnego wzruszeniu ramion. Nie do niej należało pouczanie ludzi, w jaki sposób mają marnować pieniądze. – Cóż, przepowiadam przyszłość dziesięciopensową. To jest to, co zobaczysz. Albo przyszłość dziesięciodolarową. To jest to, co dostaniesz.
– Dziesięć dolarów? To więcej niż zarabiam przez tydzień! Lepiej wezmę tę dziesięciopensową.
– Rozsądny wybór – pochwaliła go. – Daj łapę.
– Rękę – poprawił Nobby.
– Tak właśnie powiedziałam.
Pani Cake zbadała wyciągniętą dłoń Nobby’ego, pilnie starając się jej nie dotykać.
– Będzie pani jęczeć, przewracać oczami i w ogóle? – spytał Nobby tonem człowieka, który chce dostać to, za co płaci.
– Nie muszę słuchać takich uwag – odparta, nie podnosząc głowy. – To doprawdy...
Przyjrzała się dokładniej, po czym zerknęła groźnie na Nobby’ego.
– Bawiłeś się jakoś tą ręką?
– Słucham?
Pani Cake zrzuciła krynolinową lalę i zajrzała w głąb kryształowej kuli. Po chwili potrząsnęła głową.
– Sama nie wiem. Jestem pewna, że... A co tam. – Odchrząknęła i przemówiła bardziej natchnionym głosem: – Panie Nobbs, jest pan otoczony przez mroczne damy w gorącym miejscu. Jak dla mnie, wygląda zagranicznie. Śmieją się i rozmawiają z panem... Co więcej, jedna z nich właśnie podała panu coś do picia...
– Żadna nie krzyczy ani nic? – upewnił się zdumiony Nobby.
– Nie wydaje mi się – zapewniła równie zafascynowana pani Cake. – Wyglądają na całkiem zadowolone.
– Widzi pani jakieś... magnetyzmy?
– A co to takiego?
– Nie wiem – przyznał Nobby. – Ale myślę, że pani by je poznała.
Pani Cake, mimo pewnej surowości charakteru, nie mogła nie zdawać sobie sprawy z kierunku spekulacji klienta.
– Niektóre z nich wyglądają na... kusicielki – zasugerowała.
– Jasne. – Wyraz twarzy Nobby’ego nie zmienił się ani odrobinę.
– Jeśli rozumiesz, co mam na myśli...
– Pewnie. Tak. Kusicielki. Świetnie.
Pani Cake zrezygnowała. Nobby wyliczył jej dziesięć pensów.
– I to się zdarzy niedługo, tak? – upewnił się jeszcze.
– Tak. Za dziesięć pensów nie zaglądam zbyt daleko.
– Zadowolone młode damy – mruczał Nobby. – Kusicielki w dodatku. Jest o czym myśleć.
Kiedy wyszedł, pani Cake wróciła do swojej kuli i dla samej ciekawości oraz satysfakcji wykonała prekognicję za całe dziesięć dolarów. Śmiała się potem przez całe popołudnie.

Tam, ta dam, tadadada tam, tadam!
Witamy z powrotem! Mamy nadzieję, że Kącik Prozy Nieprzeciętnej dostarczył Państwu wiele radości!


Dlaczego dziś właśnie za cel postawiłem sobie zapoznać Was z twórczością Pratchetta? Cóż, nieprzypadkowo.
Gdybym poszedł do wróżki, sam mógłbym się znaleźć na miejscu Nobby,ego. Też usłyszałbym pytanie, czy coś tą ręką robiłem.
- Pozna pan dziewczynę na dyskotece, bardzo ładną, odprowadzi ją Pan do jej mieszkania. I tu wróżba zapewne by się skończyła, wzorem najlepszych szkół budowania napięcia. W końcu to tylko 10 pensów.
Co z przyszłością 10-dolarową, spytacie? Tak, mógłbym opowiedzieć, ale chyba mnie nie stać. Za to Pani Cake miałaby kolejne wesołe popołudnie :)

02:25, venomik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 września 2008
Antykoncepcja oczna?
(środek rozmowy telefonicznej)

Występują:
Rodzicielka, czyli mother.
Syn, czyli krwiopijca, czyli ja.

Rodzicielka:
Byłam jeszcze w sklepie po spiralę.
Syn:
Jaką spiralę?!
Rodzicielka:
Jaką spiralę? Do oczu.
Syn: (niewinnie)
Aha
Rodzicielka:
A są jakieś inne spirale, bo tata się tutaj ze śmiechu pokłada.
Syn:
To ja się powinienem od Ciebie dowiadywać, nie Ty ode mnie.

Kurtyna!
17:13, venomik
Link Dodaj komentarz »
Wszystko na opak
Sytuacja naturalna: telefon od rodzicielki zastaje syna, gdy ten właśnie się goli. ‘Co robisz?’ ‘Sprzątam’. A tan naprawdę szykuje się na imprezę.
Sytuacja faktyczna: telefon od rodzicielki zastaje syna, gdy ten zdejmuje książki z półki. ‘Co robisz?’ ‘Szykuje się na imprezę’. A ten naprawdę właśnie robi generalne porządki w pokoju.
 
Sytuacja normalna:  Blisko mecz w telewizji. Odwozi koleżankę do jej mieszkania. Wraca, wstępując do sklepu. Pod nieobecność ulubionej Warki Strong kupuje żywca. W mieszkaniu przelewa do swojego najlepszego kufla, sięga chipsy i zasiada wygodnie przed telewizorem.
Sytuacja faktyczna: Blisko mecz w telewizji. Koleżanka odwozi go do jego mieszkania. Idąc wstępuje do sklepu. Pod nieobecność ulubionego Gingersa Cynamonowego kupuje żywca. W mieszkaniu przelewa do swojego najlepszego kufla, sięga po syrop malinowy, dodaje do piwa i zasiada wygodnie przed telewizorem.
 
Sytuacja normalna: Pub, gwizdek kończący pierwszą połowę. Remis. Tradycyjne szybkie wyjście po jakiś mocniejszy trunek do żabki. Tak dla szczęścia. Dołącza do większości, idzie, sięga portfel. Kupuje. Pije. Wcale nie uważa, że takie zachowanie w przerwie meczu jest dziwne. Czuje się w swoim żywiole.
Sytuacja faktyczna: Pub, gwizdek kończący pierwszą połowę. Remis. Tradycyjne szybkie wyjście po jakiś mocniejszy trunek do żabki. Tak dla szczęścia. Odłącza od większości, siada, sięga książkę. Otwiera. Czyta. Wcale nie uważa, że takie zachowanie w przerwie meczu jest dziwne. Czuje się w swoim żywiole.
 
Sytuacja normalna: Zawsze uważał, że każdego dnia w życiu należą się drobne przyjemności. W takich chwilach sięga po papierosy o śmiesznej nazwie Pall Mall. Bawi się rytuałem wyjmowania papierosa, odczekuje chwilę nim zapali. W końcu podpala ogień. Delektuje się smakiem i aromatem. Wie, że na to wszystko składa się nikotyna, substancje smoliste, tlenek węgla, metale ciężkie. Nie do końca może zrozumieć jak taka mieszanina daje coś o tak cudownym smaku.
Sytuacja faktyczna: Zawsze uważał, że każdego dnia w życiu należą się drobne przyjemności. W takich chwilach sięga po herbatę o śmiesznej nazwie Mały Budda. Bawi się rytuałem wsypywania herbaty, oczekuje chwilę nim woda lekko ostygnie. W końcu zalewa. Delektuje się smakiem i aromatem. Wie, że na to wszystko składa się papaja, drzewo sandałowe, lukrecja, kwiaty rumianku. Nie do końca może zrozumieć jak taka mieszanina daje coś o tak cudownym smaku.


Pominę już jak wyglądał podział obowiązków przy kładzeniu fug z moją koleżanką. Mam na wszelki wypadek garść okoliczności łagodzących.
Ale nie każcie mi ich używać.
04:31, venomik
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2