Okulary przeciwsłoneczne




Lubię czytać
Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Fotoprzepisy | Mój codziennik
RSS
środa, 30 czerwca 2010
Fryzjer
Kiedy 10 godzin temu umawiałem się do fryzjera wymyśliłem sobie godzinę 9. O tej salon fryzjerski jest otwierany. Mam wolny zupełnie dzień, pomyślałem, więc będę miał powód by wstać rano. Nie przeleżę poranka w łóżku, nie stracę połowy dnia na nic i znajdę czas na wszystko, na co bym chciał.

Teraz, o godzinie 2:40 w nocy, ten cały pomysł już nie wydaje się być taki dobry...
02:43, venomik
Link Komentarze (5) »
wtorek, 29 czerwca 2010
Komplementy, komplementy
Wtorkowy kurs tańca. Cha-cha. Pierwsza próba, druga, zmiana partnerki. Lecimy pełny układ.
Po trzech minutach instruktor wyłączył muzykę, popatrzył na nas i…
- Jedna para bardzo ładnie zatańczyła cha-chę. Zaraz poprosimy tę parę na środek żeby zatańczyła dla nas.
Po części chciałem i po części bałem się, że to chodzi o naszą parę. Nie jest łatwo tańczyć kiedy 20 par oczu ogląda i próbuje wyłapać jak najwięcej pomyłek (ha, ja to robiłam/robiłem lepiej). Ale z drugiej strony – kto nie chciałby być w takiej wyróżnionej parze?
Ja chciałem. No i…
- To prosimy panią – wskazał na moją partnerkę – i pani partnera z ostatniego tańca.
Zaprosił nas na środek sali, włączył nam muzykę i zatańczyliśmy. Z każdym krokiem moje ego podnosiło się coraz wyżej…
- Dziękuję, wystarczy. Bardzo ładnie tańczyliście, muszę pochwalić
(i wyżej…)
- Wszystko dynamicznie i w tempie
(aż zaczęło dobijać do sufitu…)
- Powiem Państwu, że już taki taniec mógłby się znaleźć na turnieju tańca E-klasy. Oczywiście należałoby opracować więcej figur, ale są pary, które występują w takim turnieju i te figury co tutaj zaprezentowaliście tańczą bardzo podobnie.
(i zaczęło się przez niego przebijać jeszcze wyżej…)
- No, może kiedyś były takie pary
(zatrzymało się niepewnie…)
- Kilka lat temu. Bo teraz poziom się podniósł.
(powoli opadło pół metra)
- I już wszyscy tańczą lepiej
(zaczęło przyspieszać…)
- A i wtedy oczywiście takie pary bardzo szybko odpadały
(aż rozbiło się o podłogę w drobny mak)

Ale i tak go lubię :)
11:57, venomik
Link Dodaj komentarz »
Szczur w pełnym słońcu
- Jadę do sklepu, a później idę pobiegać sobie na bieżnię na stadionie
- ...
- Chcesz coś ze sklepu?
- ...
- Nie chciałaś razowego chleba?
- ...
- Kupić Ci szczura?
- ...
- Milczenie traktuję jako zgodę.
-...
- To CZEŚĆ
- Co, co?
- Mamuś, nie śpi się na leżaku na słońcu
- Przecież ja nie śpię!
00:29, venomik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 czerwca 2010
I don't care
Jechałem autobusem, tradycyjnie z ksiązką w ręce. W pewnym momencie kierowca gwałtownie zahamował. Ja równowagę utrzymałem, kobieta stojąca obok już nie. W ostatniej chwili machinalnie upuściłem książkę i przyklękając złapałem kobietę tuż nad podłogą. Pomogłem wstać.
- Dziękuję Panu bardzo
- Nie ma za co – mruknąłem pod nosem. Niezbyt grzecznie, ale to na widok brudnej okładki i pogiętych kartek. Nie mając nic lepszego pod ręką wytarłem książkę rękawem.
- Jest, jest, gdyby nie Pan to bym leżała na tej podłodze.
Ignorując kulturę nie odpowiedziałem, nie uśmiechnąłem się, nie spojrzałem nawet. Wyczyściłem książkę, otworzyłem i zacząłem bezczelnie czytać. Wydawało mi się, że to aż nadto dosadna aluzja, że nie mam najmniejszej ochoty rozmawiać. Pewnie by mnie później sumienie gryzło, gdyby nie…
- Jeszcze się nie przyzwyczaiłam do jeżdżenia autobusem. Kiedyś to mnie mąż do pracy zawoził. Sam w urzędzie pracował, blisko było, wygodnie, tak sobie razem jeździliśmy. A teraz? Ja prawa jazdy nie mam, a z mężem to się pięć lat temu rozwiedliśmy. Jak ten czas szybko leci…
I tak dalej.
Nie mogłem się na książce przez to skupić. Ledwie się powstrzymywałem, żeby jej nie powiedzieć: „Kobieto, to że Cię złapałem jak się przewracałaś czyni Cię jedynie Kobietą, Którą Złapałem Jak Się Przewracała. Nie żadną psiapsiółką. Przez rozwód musisz jeździć autobusami? Szczerze? I don’t care!”

 
Na ulicy pod uczelnią przeprosił mnie bezdomny. Chciał coś do jedzenia, choćby mu i w sklepie jakimś kupić. Wbrew trochę poprzedniej notce wysypałem na garść monety jakie miałem w portfelu. Nie wyglądał na pijącego, w pobliżu nie było sklepu, a ja się wtedy spieszyłem.
Mimo to w ciągu tej chwili gdy sięgałem do plecaka po portfel zdążyłem się dowiedzieć, że on to tak naprawdę porządny człowiek, szkołę skończył przecież, ale go dobroć zgubiła. Bo za brata poszedł do więzienia, jego przestępstwo na siebie biorąc. Sam mieszkał, a brat miał żonę i dziecko... A gdy wyszedł z więzienia to od brata usłyszał jedynie ‘spierdalaj’.
(gdzieś jeszcze przez niego pies mu zginął, ale nie wiem czy zdechł czy zniknął, nie dopytywałem).
Historia by może wzruszała (gdybym tylko w nią uwierzył), ale nawet wtedy – pierwszy i pewnie ostatni raz widzę człowieka na oczy. Więc prawdę mówiąc, I don’t care.

- Ma Pan może ognia?
- Nie palę.
- Dobrze Pan robi
- Wiem – uciąłem rozmowę. Przynajmniej tak mi się wydawało.
- Mądry wybór. Sam próbowałem niejeden raz rzucić, ale to już siedzi w człowieku. Trzydzieści lat palę. Rozumie Pan ile to jest?
Milczałem. Tylu to ja nawet nie przeżyłem.
- Rano jak wstaję to od razu muszę zapalić. Jeszcze przed kawą i śniadaniem, bo kaszleć cały czas będę. I lekarza coraz częściej odwiedzam. Ale co się dziwić, po tylu latach palenia to się organizm i tak dobrze trzyma. Gdyby nie ten kaszel tylko, bo jak zacznę, to przestać nie mogę, jakbym płuca wypluwał. Wpędzą mnie kiedyś papierosy do grobu. Ale na coś trzeba umrzeć…


Klub Buena Vista, z koleżanką z kursu poszliśmy potańczyć. Kobiety, jak to na imprezie, raz na jakiś czas muszą pójść ‘przypudrować sobie nosek’. Usiadłem sobie wtedy bokiem w fotelu obserwując wieczór panieński, który się obok odbywał. Byłem ciekaw, czy takie wieczory są choć w połowie takie, jak zwykło się o nich opowiadać (albo częściej sugestywnie milczeć). Jakiś facet w fotelu obok robił dokładnie to samo. 
Po chwili spojrzał na mnie. Przeniósł wzrok na kobiety. Znów popatrzył na mnie. I zagadał. Odpowiedziałem wtedy grzecznie, przywitaliśmy się nawet, wymieniliśmy grzecznościami… no i się zaczęło. Czekając na partnerkę, między kolejnymi łykami piwa zdołałem się dowiedzieć, że ma na imię Karol, tyle a tyle lat, że jest rozwiedziony, ma dwójkę dzieci, mieszkają one z żoną, która jest zwykłą kurwą czy inną wredną jędzą. Dzieci nastawia przeciwko niemu, nie pozwala widywać, chociaż sąd nakazał że co drugi weekend mają spędzać z ojcem. Czasami nawet jedzie sto kilometrów dzieci odebrać, by się na miejscu przekonać, że nikogo w domu nie ma. Potem jeszcze usłyszałem, że za dzieci to dałby się pokroić, że zabiera je tam, że kupuje im to, a nawet pozwala na tamto…
Nie wiem do dziś jak on zdążył te wszystkie historie upchnąć w kilkanaście minut, a już w ogóle nie wiem skąd pomysł, że mnie to cokolwiek obchodzi. 
I don’t care.


Ta sama noc. Odprowadziłem koleżankę na przystanek i idę na swój. Godzina gdzieś koło pierwszej w nocy.
- O, ktoś już czeka – pomyślałem – chyba też jakiś imprezowicz.
Przyznaję od razu, że to ja się pierwszy odezwałem. Nie przewidziałem jednak, że facet pół godziny wcześniej mógł natknąć się na złodzieja. A o tym trzeba przecież opowiedzieć, najlepiej pierwszej z brzegu osobie:
- Sam szedłem, to pomyślał chyba, że frajer ze mnie. Że weźmie co chce. Większy może był, ale słaby jakiś. I kurwa stanął i mówi, że chce portfel i telefon. No jak się wkurwiłem… ja spokojny człowiek jestem. Umiem się bić, ćwiczyłem… (już pojęcia nie mam co ćwiczył), ale nie lubię. Ale co zrobić, taki jeden skurwiel zaczepia na środku ulicy. Przecież mu telefonu nie oddam.
Tutaj oczywiście Opowieść się nie kończyła. Trwała jeszcze ładnych kilka minut, a przy okazji kilka razy demonstrował mi swoją zakrwawioną pięść. Skóra rozcięta w dwóch miejscach – pamiątka po tym, jak dokładnie wytłumaczył niedoszłemu złodziejowi, że telefonu ani portfela mu nie odda.
A chcecie wiedzieć jak to wszystko się zaczęło? Bateria w telefonie mi padła. Nie wiedziałem czy czekać na autobus czy szybciej będzie jak się przespaceruję do siebie. Spytałem więc o godzinę.
Dalej sami rozumiecie – jak zaczął sięgać telefon to mu się złodziej przypomniał. Nim się zdążyłem dowiedzieć która godzina autobus już przyjechał.


Potrafię zrozumieć, że w dzisiejszych szybkich czasach sięga się po szybkie substytuty. Fast ford substytutem prawdziwego posiłku, ekranizacja substytutem książki, a zamiast niedzielnego wypadu na miasto jest wizyta w centrum handlowym.
Ale przypadkowa osoba w pubie czy autobusie szybkim substytutem przyjaciela? To już lekka przesada.

Nie zrozumcie mnie źle – nie jestem bezduszny. Gdyby to ode mnie zależało, to bezdomny pogodziłby się z bratem, kobieta znalazłaby nowego męża (z wygodnym samochodem), facet z pubu widywałby dzieci codziennie, w Poznaniu nie byłoby żadnego złodzieja a papierosy byłyby zdrowe jak marchewki.
Niestety nie zależy.
Każda osoba na świecie ma jakieś problemy, o których mogłaby opowiadać. Nie będę udawał, że interesują mnie wszystkie problemy wszystkich ludzi na świecie. A przypadkowy ktoś z tego samego pubu czy autobusu jest dla mnie wyłącznie jednym spośród wszystkich. Nie konkretną osobą, ale częścią całości, która nic mnie nie obchodzi.
A tym samym i jego problemy też nie interesują mnie nic a nic.

05:38, venomik
Link Komentarze (7) »
środa, 23 czerwca 2010
Złotóweczka na chleb
Wieczorem na Świętym Marcinie:
- Przepraszam pana bardzo…
- Tak?
- Może poratuje pan, złotóweczką albo dwiema, cały dzień nic nie jadłam.
Chwila zastanowienia.
- Stałem kilka metrów za panią
- Co?
- Pięć minut temu, jak pani kupowała piwo w biedronce, stałem w tej samej kolejce.

To wyjaśnia dlaczego mogę co najwyżej osobiście kupić coś do jedzenia.

23:16, venomik
Link Komentarze (1) »
Rozwiązane języki
- Jak jestem zmęczony to bywam gadatliwy
- Myślałam, że to alkohol rozwiązuje języki
- Niby racja, podobno jak człowiek wypije, to później mówi dokładnie to, co myśli… ale znam osoby, które w takim razie po alkoholu powinny milczeć, a mówią jeszcze więcej niż zawsze :)

18:00, venomik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 czerwca 2010
Poznańska Partyzantka Włóczkowa
Obiecałem, że dziś przed pójściem spać napiszę tę notkę. Minęła północ i coś teraz czuję, że będzie to raczej wcześnie rano niż późno w nocy…
Z reguły jak mam pomysł na wpis to czekam już tylko na spokój i wenę. Wiecie, żeby napisać coś zabawnego i błyskotliwego zarazem (a po tygodniu czekania siadam zrezygnowany do klawiatury i powstaje to, co macie okazję poczytać na blogu). Ale nie tym razem. Nie usnę, póki nie napiszę.

Dwie godziny i jakieś 100 stron książki Lema później siadam z powrotem do komputera. Jest późno. Chyba. Za oknem się robi szaro (coś szybko?!) co sugeruje, że jednak powoli się robi bardzo wcześnie. Ale obiecałem.
Więc stukam.

Całą… akcję (?)/zabawę(?) (dowolny synonim) poznałem przez Owcę i sam do końca nie wiem dlaczego tak mi się spodobało. Ubieranie codziennego świata w barwy – proszę to czytać podwójnie dosłownie. Ma to w sobie pewien urok.
Do tego stopnia, że w niedzielne popołudnie, na owczej kanapie rozplątywałem splątaną wełnę, słuchając przy tym muzyki Green Day i czułem się, jak powiedziałem wtedy ćwierć-żartem, buntownikiem.
Wkładu większego nie mam – na drutach nie umiem robić, szydełkiem bawiłem się ostatni raz w szkole podstawowej, ale mogę przynajmniej tych kilka słów wspomnieć. I pokazać zdjęcia.
I zakrzyknąć na koniec „Niech żyje PPW!”
Czyli Poznańska Partyzantka Włóczkowa.

Po więcej szczegółów (i jakiekolwiek wyjaśnienie) zapraszam tutaj.





04:28, venomik
Link Komentarze (2) »
Wieczór
Zabrany przez dwie dziewczyny (!) na piwo (!!) do pubu, żeby obejrzeć przy tym mecz (!!!). Na dodatek obie wieczorem wypiły więcej ode mnie… 
Niby wciąż się czuje męsko… ale tak jakoś troszeczkę mniej.
02:15, venomik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 czerwca 2010
Współlokatorka z poczuciem humoru
- Moja współlokatorka cały czas się z Ciebie śmieje
- Marta?
- Si
 (Co jest grane? Widziałem dziewczynę 10 sekund na oczy, kiedy spotkałem ją w kuchni wchodząc po kubek. Przedstawiliśmy się sobie i wróciłem do pokoju koleżanki)
- Niby dlaczego się ze mnie śmieje?!
- Z tego, że mówisz do siebie
(Niby racja, trzasnąłem drzwiami wychodząc z pokoju i powiedziałem wtedy do siebie „Ryś, uważaj na przeciąg”. Ale żeby od razu się ze mnie śmiać?).
- Daj spokój, mnóstwo ludzi mówi do siebie. Nie ma w tym nic zabawnego.
- Widać jednak jest :)
- Tylko głupie stwierdzenie żeby nie trzaskać drzwiami.
- Nie do końca. Nie to Martę rozbawiło. Śmieje się raczej z tego, że dziesięć sekund później, jak wracałeś do pokoju powiedziałeś pod nosem „Ryś, przestań mówić sam do siebie jeśli nie masz pewności, że nie ma w pobliżu nikogo”

Chyba faktycznie powinienem przestać :)
02:39, venomik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 czerwca 2010
Polski satelita
W 2011 roku na orbitę trafi pierwszy polski satelita. Ministerstwo nauki rozpisało konkurs na najlepszą nazwę. W pierwszej chwili brakło tam jedynej słusznej nazwy (za to znalazły się propozycję "Pan Twardowski" czy "Gwiazdeczka"), na szczęście zauważył to pewien czujny bloger, który z pomocą internautów przekonał ministerstwo, że coś jest nie tak.
Możemy więc śmiało głosować.
Otwieramy więc tę stronę i wybieramy propozycję numer 8, czyli Lem.
13:55, venomik
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2