Okulary przeciwsłoneczne




Lubię czytać
Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Fotoprzepisy | Mój codziennik
RSS
piątek, 28 maja 2010
Jaja
Z jajkami jest tak, że staram się ich nie kupować od kiedy koleżanka wbiła mi do głowy kody systemu chowu i okazało się, że okoliczne sklepy posiadają jajka tylko z chowu klatkowego. Czyli od kury żyjącej w maleńkiej klateczce, gdzie ledwo się obrócić da. I której ponoć obcina się czasami dziób czy pazury – ot, jest to taka maleńka fabryka jajek. Tylko że żywa.
Zawsze taka bezpazurkowa i bezdziobna kura staje mi przed oczami jak w sklepie wkładałem jajka do koszyka. Źle mi z tym.
Dlatego w miarę możliwości staram się przywozić jajka z domu, od cioci, babci – mają własne gospodarstwa, mnóstwo kur i jeszcze więcej jaj. Lżej na sercu.
Oczywiście mógłbym się poświęcić, iść do innego sklepu i kupić jajka z chowu ściółkowego, nieco droższe. Ale tego nie robię.
Z tego płyną dwa wnioski:
1. Jednak posiadam (szczątkowe) sumienie.
2. Jest ono strasznie przekupne, bo wystarczy 2zł różnicy na 10 jajkach.
Wtedy sumienie grzecznie przygląda się z boku jak robię zakupy.

02:25, venomik
Link Komentarze (4) »
środa, 26 maja 2010
Kobiety bywają brutalne
- Kurde, podrywa mnie jeden chłopak z grupy.
- Dlaczego kurde?
- Nie jest w moim typie, a nie chce się odczepić
- Co z nim jest nie tak?
- Nie jest męski?
- To znaczy… ?
- Ryś! On by miał większe szanse u mnie jakbym była les!

23:25, venomik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 maja 2010
Nie ma jak u mamy
Pewne rzeczy się po prostu nie zmieniają. Syn w wielkim mieście wiecznie będzie, według mamy, niedojadał.
Na weekend do rodziców pojechała siostra. W sobotę był więc telefon od mamy:
- Ryś, może Iwonka coś Ci zabierze do Poznania?
Poprosiłem o jajka. Jako że w większości okoliczna rodzinka posiada własne gospodarstwa, to tych zawsze pod dostatkiem.
- Dobrze, uszykuję Ci jajka. A może sera trochę chcesz?
Chciałem. Dziadek robi pyszny ser biały ze świeżego krowiego mleka. Na tym się rozmowa skończyła.
Efekt?
Dwie reklamówki pełne jedzenia. Trzydzieści jajek, kilka rodzajów sera (ze sklepu, oczywiście), zamrożone mięso, warzywa, przetwory, itp.
Najbardziej mnie urzekł ser. Trzy tygodnie wcześniej byłem u rodziców i kupiłem małe opakowanie, żeby pokazać jaki smaczny. Tez go polubili.
Teraz sam dostałem dwa wielkie pudła tego sera. Prawie kilogram :]
Rozczulające…

03:32, venomik
Link Dodaj komentarz »
Powrót
Dwa tygodnie ciszy na blogu. Połowa stałych czytelników pewnie już nie wchodzi (a pozostała trójka ledwie się trzyma ;) ).
Tak naprawdę nie mam żadnej sensownej wymówki skąd takie milczenie. Jest za to jedna głupia. Aż wstyd mi o niej pisać. Otóż…
Byłem nie w nastroju ;)
Serio. Jak kobieta w okresie, przez 10 dni wszystko mnie wkurzało. Dosłownie wszystko! Nawet to, co wcześniej sprawiało mi przyjemność. Wkurzał mnie kurs tańca, bo trzeba było się na niego wybrać. Wkurzał mnie sam taniec, bo partnerka nie ruszała się tak jakbym chciał, a dwie godziny później wkurzało mnie to, że już koniec i trzeba wracać.
Doprawdy źle było ze mną.
Próbowałem nawet to opisać, ale szło mi fatalnie. Plik z notką szybko poleciał do kosza. A chwilę później i z niego musiałem go skasować. Bo mnie wkurzał.
(wspominałem, że naprawdę było ze mną źle?)

Na szczęście wszystko skończyło się równie niespodziewanie, jak zaczęło.
Więc wracam do sieci ;)
02:40, venomik
Link Komentarze (5) »
niedziela, 09 maja 2010
Salsa
- Kolego - zaczepił mnie bodaj najlepszy tancerz na salsie
- Tak?
- Dziewczyna to ma biodra w trochę innym miejscu.
- Co, molestował koleżankę? - zainteresował się instruktor.
- Gorzej, łaskotał.
- Ale mi było przyjemnie! 
Dziewczyna ucięła dyskusję.

Słabe jednostki poodpadały i na kursie tańca robi się jeszcze sympatyczniej.
Jeden tylko zgrzyt był - kiedy instruktor ni z tego, ni z owego zaczął nas przekonywać, że przez zmiany biegunów magnetycznych za 2 lata nasza planeta ulegnie niemal zagładzie. Przetrwają tylko najodporniejsi fizycznie i psychicznie. Już nie będzie tańczenia - on sam nie będzie instruktorem, bo ma inną Misję do spełnienia.
Przestraszyło mnie to trochę, bo nic nie wskazuje na to by żartował. Póki co staram się całość wyrzucić z pamięci. Bo gdzie znaleźć motywację do nauki tańca, skoro za 2 lata nie będzie już muzyki? :)

Kilkanaście godzin później:
- Jak było wczoraj na tańcach?
- Hmm... przypomnij sobie najlepszego partnera z jakim kiedykolwiek uprawiałaś seks.
- Dlaczego? :D
- Poczekaj... przypomniałaś już sobie?
- Tak
- To wyobraź sobie, że ja to miałem przez sześć godzin i z pięcioma różnymi partnerkami.

A na koniec bonus, wideo z niesamowitą mieszanką kilku piosenek salsy:

02:31, venomik
Link Dodaj komentarz »
Piątek
Ciężki piątek za mną.
W zasadzie już po czwartku byłem wykończony. Po niemal 6 (słownie: sześciu!) godzinach kursu tańca, w tym 4 (słownie: czterech!!) godzinach salsy ledwo dowlokłem się do autobusu. A kwadrans później z przystanku do mieszkania.
Budziłem się rano z trzy razy. Za każdym razem sprawdzałem czy jestem w stanie podnieść nogę do góry. ‘Nie? To śpię dalej’.
Ostatecznie udało mi się wstać… nie, nie wstać. Zwlec z łóżka. Nawet zrobić porządne śniadanie i wziąć prysznic. Zaczynałem być z siebie dumny.
Najgorsze, że umówiłem się z panną P. na mały jogging.
Przyznam szczerze – nie miałem na to ani siły fizycznej, ani siły psychicznej, a już na pewno kompletnie brakowało mi ochoty. Mimo wszystko nie przełożyłem tego, choć miałem okazję. Kusiło mnie tylko jedno – chciałem zobaczyć biegającą Pannę P :)
Dla takiego widoku można się trochę poświęcić.
(oberwie mi się za te słowa, zdecydowanie)

Później szybka kąpiel (prysznic u niej ma więcej kurków, przycisków i gałek niż wszystkie inne jakie widziałem w życiu razem wzięte – pięć minut uczyłem się obsługiwać, bo wstyd było poprosić o instrukcję obsługi), szybki obiad w biegu na autobus (dosłownie!) żeby zdążyć jakoś na dyskusję o poznańskiej kulturze w Starej Rzeźni (dzięki, Owca!). Oczywiście za cholerę nie zdążyłem, wybaczcie dosadność – ale w autobusie przeklinałem jeszcze bardziej. Bo ten zamiast 18 minut jechał ich 55.
A żeby zobrazować tempo… nie wytrzymałem nerwowo i wysiadłem 3 przystanki przed docelowym. Miałem dość siedzenia w autobusie, wolałem piechotą dotrzeć. I o dziwo – mijałem ów przystanek niemal w tym samym czasie co autobus. A jeszcze w sklepie byłem kupić wodę do picia.
Masakra.
Niech żyją poznańskie korki. I mój brak przewidywania.
Ale głównie korki.

Wizyta w Starej Rzeźni nieszczególnie mnie zaskoczyła ani przekonała do czegokolwiek. Część artystyczna była ciekawsza od dyskusji, choć pomijam elementy sztuki bardziej nowoczesnej. Tej nielubianej przeze mnie.
O ile część obrazów i zdjęć naprawdę mnie urzekła, o tyle… na przykład męski głos płynący z głośników, mówiący o… ciężko powiedzieć o czym. Ale mówiący i to dość dobitnie. Podłączony zegar sugerował, że cały monolog trwa 20 godzin.
Wytrzymałem 3 minuty, zasoby ciekawości się skończyły.
Chwilę wcześniej było jeszcze gorzej. Trafiłem do pokoju, w którym panował spory nieład. Po 10 sekundach zastanawiania się co twórca miał na myśli dotarło do mnie, że to mała rupieciarnia gdzie wrzucono resztki elementów po przygotowaniu wystawy.
Wycofałem się wstydliwie do wcześniejszego pokoju.

Ale i tak było fajnie. W Starej Rzeźni zawsze jest fajnie.
Przy okazji spotkałem Gosię. Gosię możecie kojarzyć sprzed półtora roku – z sylwestrowej imprezy, gdzie przekonywałem wszystkich dookoła, że Deep Purple to najlepsze co się przydarzyło muzyce rockowej od czasu wynalezienia gitary elektrycznej, a Gosia zdominowała dyskusję na temat tego jak się wymawia nazwisko Chomsky.
Do dziś się uśmiecham pod nosem na wspomnienie tej dyskusji. Ale takimi rozmowami musza się kończyć sytuacje, kiedy ktoś zamknie w jednym miejscu i spije kilka inteligentnych osób (że tak posłodzę sylwestrowiczom :) ).
W piątek obyło się bez dyskusji o Chomskym, na pierwszy plan wskoczyła oczywiście poznańska kultura. Jako bierny (i mizerny) odbiorca stałem po drugiej stronie barykady –mi brak kultury alternatywnej w Poznaniu nie przeszkadza. Gosi wręcz przeciwnie.
Cóż, żadne z nas w pełni swojego zdania nie wyraziło – pozostaje mieć nadzieję, że następnym razem los nie zetknie nas dopiero za półtora roku.

02:10, venomik
Link Dodaj komentarz »
Fatum
Zła karma. Kiedy za popełnione błędy mści się los.
Dziś za popełniony przeze mnie błąd los mści okrutnie na wszystkich pięciu moich zmysłach.
Nie każcie mi tłumaczyć – tylko uwierzcie w jedno, nie zawsze uczę się na swoich błędach, ale na takim – na pewno.

02:09, venomik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 maja 2010
"Komplementy"
Ryś nie cierpli, kiedy ktoś jego ironiczne kpiny bierze dosłownie i zamiast się obrazić - dziękuje za komplementy.
Robi mu się głupio i nie wie jak się wtedy zachować.
04:04, venomik
Link Komentarze (2) »
środa, 05 maja 2010
Monopole


Źle ze mną, studia ekonomiczne padły mi na głowę.
Wszedłem na ten link tylko z ciekawości - jak można monopole wyszukiwać? Przecież odnajdywanie struktur rynkowych jest bez sensu.
Boje się sam siebie teraz...
(to oczywiście jest wyszukiwarka sklepów monopolowych :] )
12:31, venomik
Link Dodaj komentarz »
Maskotka
Wczoraj po kursie tańca wybrałem się z koleżanką (poznaną tam) na piwo. Znaleźliśmy całkiem przyjemne miejsce na Świętym Marcinie. Rozmowa szybko przeszła na tematy taneczne, z akcentem na salsę - którą ja tańczę ponad dwa miesiące, a Karolina dopiero zaczyna. Od słowa do słowa... opowiedziałem jej, że mi na początku salsa szła słabo, zwłaszcza tempo obrotu i łapanie po nim kontaktu wzrokowego. Zostawała mi tylko praktyka.
Postawiłem więc sobie moją ulubioną maskotę na półce i  próbowałem z nią utrzymywać kontakt wzrokowy, tańcząc dwa metry dalej.
Wydawało mi się to całkiem zgrabnym rozwiązaniem…

Jeszcze dwie godziny później wciąż się z tego śmiała :]

11:41, venomik
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2