Okulary przeciwsłoneczne




Lubię czytać
Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Fotoprzepisy | Mój codziennik
RSS
sobota, 30 maja 2009
Podsumowanie
Dziś dowiedziałem się, że obca dziewczyna widząc kilka moich zdjęć uznała, że mam smutne oczy.
Te ponoć są zwierciadłem duszy. Gdyby świat był literaturą bądź kinem dla kobiet, to za kilka lat wychowywałaby nasze dzieci. Niestety zapomniałem spytać jak wygląda.

Kilka godzin później wracałem z Panną B. z Murowanej Gośliny. Wysadziła mnie na przystanku autobusowym niedaleko mnie. Wysiadłem, patrzyłem jak odjeżdża. Pokiwałem chwile głową i sięgnąłem po telefon.
- Ratuuuuuj – powiedziałem błagalnym tonem – przywieź mi klucze do mieszkania.
Zostawiłem w samochodzie.

Stwierdzam, że moje zboczenie na temat Juventusu (w skrócie Juve) sięga niebezpiecznych rozmiarów. Wysyłając piosenki taneczne moim rodzicom (chodzą ponownie na kurs tańca) zamiast Jive wpisałem Juve, co zauważyłem na długo po wysłaniu. Co druga wypowiedź na temat studenckiej imprezy (właśnie słyszę rytmiczne łup, łup, łup za oknem) zawiera wyraz ‘Juvenalia’.
A kiedyś nie mogłem uwierzyć by ktoś przypadkiem pomylił słowo komplikacja z kimpilacją.

Przyznaję oficjalnie, że lubię bilard. Może moje doświadczenie jest wciąż przeciętne, ale całkiem nieźle sobie z nim radzę.
Na zdjęciach Panna P. oraz chłopak Panny B.


Obiecałem dwóm osobom, że będę częściej aktualizował bloga. Ideałem dla mnie jest ok. 5 notek tygodniowo. Pomijając te, które mają po kilka linijek (w zasadzie ten wpis dałoby się rozbić na przynajmniej cztery różne). Łatwo nie będzie.
Pierwszym krokiem w tym celu było pozbycie się absolutnie wszystkiego zbędnego z biurka. Został tylko pojemnik na długopisy (a w kim kilka kości wielościennych i kredki bambino) oraz dwa kubki z monetami.
Póki co idzie mi nieźle.
Najchętniej prowadziłbym bloga z regularnością Promyczka (czyli leelooo ) – autorki mojego ulubionego bloga (patrz w odnośniki). Moja ambicja ma jednak swoje granice.

Przy okazji: jakiś czas temu przyznałem, że piszę opowiadanie kryminalne. Chciałbym napisać, że posuwam się powoli do przodu. Albo chociaż, że nic nie robię. Niestety, przez ostatnie dwa dni skasowałem jedną trzecią tego co napisałem. A był to dopiero scenariusz fabuły i krótki rys charakterów wszystkich postaci.
A te zachowywały się dość nielogicznie, co w opowiadaniu kryminalnym nie ma racji bytu. Póki co nie wiem jak to rozwiązać. Mam tylko nadzieję, że nie będę musiał zmieniać absolutnie wszystkiego.
03:42, venomik
Link Komentarze (1) »
Flash mob
Kilka dni temu wylądowałem na poznańskim flash mob. Oczywiście nie przypadkiem, reklamował sam Joe Monster i nie mogłem oprzeć się pokusie, by obejrzeć to na własne oczy.
Zadanie: przychodzimy z parasolkami i o godzinie osiemnastej otwieramy szeroko. Pomysł dobry, wystarczy około stu osób, by efekt był ciekawy. A miałem nadzieję zobaczyć ich dużo więcej.
Osobiście parasolki nie wziąłem, nie uznaję tego wynalazku nawet w czasie deszczu, więc tym bardziej nie będę paradował w słońcu. Zwłaszcza, że wcześniej wylądowałem z Panną P. w zapiecku, a krótko później dołączyliśmy do jej znajomych na rynku. Usiedliśmy pod parasolami, sącząc leniwie złocisty trunek.
Tuż po godzinie siedemnastej pożegnałem się grzecznie ze wszystkimi i ruszyłem w stronę deptaku. Minęło dwadzieścia minut. Walnąłem się w czoło. Moja ekonomiczna dusza dała o sobie znać kolejny raz, szukając oszczędności tam, gdzie nie powinna. Sięgnąłem po telefon i wybrałem numer Panny P. Nie odbiera. Spróbowałem ponownie za chwilę.
Odebrała Aga, jej koleżanka
- Hej!
- Hej. Chciałem spytać Pannę P. czy mogłaby mi pożyczyć siedem złotych i pięćdziesiąt groszy.
(chwila ciszy)
- Wróciłeś znów do nas?
- Nie, wyszedłem bez płacenia za piwo.
Wszystko rozeszło się po kościach.

Usiadłem grzecznie na ławce przed  wejściem do Starego Browaru, wypatrując powoli ludzi z parasolkami. Zostało już tylko kilkanaście minut. 
Po kilku minutach stwierdziłem, że widzę więcej osób z aparatem fotograficznym niż z parasolką (swoją drogą, mój aparat leżał uszykowany w plecaku). Ktoś nawet bezczelnie rozłożył się ze stojakiem. Czekałem dalej, coraz bardziej obawiając się o widowiskowość poznańskiego flash mobu.
I całkiem słusznie.
Z resztą, oceńcie sami:












Maaałooooo!
Stanowczo za mało.
Około trzydziestu parasolek wzniesionych ku niebu nie zrobiło na nikim wrażenia.
Przechodnie wciąż zajmowali się tym, czym powinni. Przechodzili. Obok, obojętnie. Zaszczycając wszystkich najwyżej krótkim spojrzeniem, cieniem zainteresowania. Pomiędzy jednym krokiem a drugim.
Pomijając uczestników i kilkunastu fotografów - flash mob przeszedł bez najmniejszego echa.
Szkoda.
Być może następnym razem przyjdzie więcej chętnych.
02:48, venomik
Link Komentarze (1) »
piątek, 29 maja 2009
Gdzie przykazań brak dziesięciu
Pisać lubiłem od dziecka. Już mając koło 5 lat chwyciłem za długopis i zabrałem się za tworzenie pierwszej opowieści. Dziecięce fascynacje wzięły górę i tak zaczęła powstawać Nowa Przygoda Batmana. Fabuła skomplikowana nie była – Joker rabuje bank. W trakcie rabunku ‘przypadkiem’ gubi plan następnego napadu, po czym wysadza wszystko w powietrze. Plan ów oczywiście przetrwał zniszczenie całego budynku (cóż, malutki byłem), dzięki czemu policja dowiedziała się wszystkiego i bank został otoczony kordonem policji. Tylko jeden Batman przewidział podpuchę, na dodatek odgadł, który bank jest faktycznym celem i tam pojmał Jokera. W zaskakująco spektakularny sposób. Ale o tym później.
W tym opowiadaniu pamiętam, że znalazł się cytat odnoszący się do wielkiego brylantu: „Jest drogi, cenny, a nawet drogocenny”, który wyjątkowo bawił całą moją rodzinę. Zupełnie nie wiedziałem o co im chodzi, a oni nie potrafili mi tego wyjaśnić. Doprowadzało mnie to do dziecięcej złości. Wyobrażam sobie, że zaciskałem wtedy maleńkie piąstki i mówiłem pod nosem, że Ci dorośli to się na literaturze nie znają.
Całą opowieść, o zgrozo, opatrzyłem autorskimi rysunkami. W ten sposób po raz pierwszy i ostatni zapewne Batman ratuje miasto mając na sobie… spódniczkę. Jak widać nigdy nie przejawiałem talentów plastycznych. W zamyśle miały to być spodnie, ale nieco za mocno zamalowałem przestrzeń pomiędzy nogami. Próbowałem się bronić, że to taki specjalny strój wojownika, ale nikt nie był na tyle głupi by w to wierzyć.
Wbrew pozorom jednak to nie strój Batmana wyszedł mi w tym wszystkim najgorzej. Zdecydowanie większe problemy miałem z narysowaniem… zielonego smoka. Dobrze przeczytaliście – w fabułę została wpleciona obecność sztucznego smoka, przywieszonego na linach do sufitu. Na tej właśnie gadzinie w finałowym momencie opowiadania zlatywał Batman, wprost na samego Jokera.
Skąd się w ogóle sztuczny smok wziął pod sufitem banku? Nie wiem zupełnie, ale takie zakończenie, całkiem słusznie, uważałem za bardzo widowiskowe i efektowne. W mojej dziecięcej wyobraźni powstawał obraz, którego nie powstydziliby się nawet najlepsi twórcy w Hollywood. 
Ta skłonność do wizualizacji wszystkie pozostała mi do dziś. Gdy piszę cokolwiek fabularnego próbuję sobie wyobrazić jak by to wyglądało zarówno w rzeczywistości, jak i na filmie. Jeśli sztucznie – cały tekst ląduje w koszu i zaczynam od nowa. Wbrew pozorom pisanie nie przychodzi łatwo. Jest przyjemne tylko przez krótki czas, a prawdziwą satysfakcje przynosi dopiero zakończenie pisania i rzucenie tego wszystkiego w cholerę. A dokładniej w czeluści dysku twardego. Zawsze, gdy mówię „lubię pisać” to należy to odczytywać „lubię nie pisać”. Ale mieć napisane. Samodzielnie.
Tutaj nie można zjeść ciastka i mieć ciastka.
Wracając jednak do sedna. Przeczytałem ostatnio książkę, kryminał. „Gdzie przykazań brak dziesięciu”, polskiego autora ukrywającego się pod pseudonimem Joe Alex.
Kryminał pisany w starym stylu, czyli zgodnie z kilkoma zasadami, jakie sobie osobiście cenię. I pozwolę poniżej wymienić:

1. Jest trup. Nic tak nie rozkręca akcji jak zimne już ciało. Żadne kradzieże czy szantaże nie mają racji bytu jako punkt wyjścia dobrego kryminału. I koniec. 
2. Morderstwo zostało popełnione inteligentnie, z licznymi fałszywymi tropami, by możliwie zagmatwać śledztwo. Im dalej brniemy w nowe wątki, tym bardziej powinniśmy się gubić.
3. Główny bohater rozwiązuje zagadkę dzięki logice i spostrzegawczości. Strzelające długopisy są dobre dla Bonda, tutaj nie mają prawa istnieć.
4. Głównym bohaterem musi być mężczyzna. Wybaczcie mi ten męski szowinizm, ale nie wyobrażam sobie biuściastej blondynki, która w przerwach pomiędzy szukaniem nowych tropów poprawia sobie makijaż. Nawet panna Marple, skądinąd sympatyczna staruszka o wnikliwym umyśle, wykreowana przez samą Agatę Christie w kilku książkach, nie jest wcale wyjątkiem.
5. Czytelnik wie tylko tyle, co główny bohater. Koniec, kropka. Wyjątków brak. Ten kluczowy detal odróżnia u mnie prawdziwy kryminał od powieści sensacyjnej. Zostawia czytelnikowi miejsce na jego własne rozważania co do sprawcy, pozwala mu niemal pojedynkować się z głównym bohaterem - kto szybciej powiąże fakty, zrozumie motyw i sposób działania.

Wszystkie te zasady wspomniany kryminał spełnia, a na dodatek sama zagadka, jak się okazuje na ostatnich stronach, jest zmyślnie skonstruowana. Wydawałoby się – same plusy.
Nic bardziej mylnego.
Autor powieści jest synem angielki i pewna flegmatyczność to jego dziedzictwo, którego nie potrafi się pozbyć siadając przed maszyną do pisania. Gdy próbuję sobie wyobrazić dowolny fragment jego powieści, zawsze uderzała mnie sztuczność dialogów. Spróbujcie razem ze mną użyć wyobraźni:

Stoją obok siebie trzy osoby. Wszystkie wyprostowane, twarz bez cienia emocji. Odzywa się pierwsza z nich, mówi przez przynajmniej pół minuty spokojnym, matowym głosem, jakby właśnie czytała nekrolog. Pozostałe czekają w bezruchu, jakby właśnie tego nekrologu słuchały. Po 30 sekundach głos przejmuje inna osoba, wypowiada swoją długą kwestie i milknie. Wszystko to powtarzać aż do końca dialogu.
Jednozdaniowa odpowiedź jest zakazana. Emocje wykluczone. Wahanie wykluczone. Zwięzłość absolutnie wykluczona. Wymagany jest opanowany ton i kwiecistość wypowiedzi. Chcecie przykładu?

O stosunkach pomiędzy dwoma mężczyznami.

Tak mogłoby być:
Jowett i Cowley nie mogą się porozumieć. Właściwie to jest coraz bliżej wielkiej awantury. Dziś rano przypadkiem podsłuchałem fragment ich rozmowy i kilka ostrych słów świadczyło o coraz większych nerwach.
Tak było w powieści:
Pan Jowett i pan Cowley doszli, jak mi się wydaje, do absolutnego braku porozumienia i myślę, że już wkrótce nabrzmiała chmura ich stosunków zapłonie ogniskiem błyskawic. Jeśli mam być szczery, usłyszałem przypadkiem pierwsze grzmoty i dostrzegłem pierwsze błyskawice. Kiedy przechodziłem obok pracowni w parku doszły mnie przez otwarte drzwi słowa, którymi, o ile wiem, dwa angielscy dżentelmeni nie okazują sobie nadmiernej wzajemnej serdeczności.

I tak przez całą książkę. Liczne metafory, uwielbienie do długich zdań bogatych w rozwklekłe epitety spowalniając akcję do granic możliwości, a czytelnika zmuszają do skupienia niemal jak podczas czytania traktatu filozoficznego.
Efekt zupełnie odwrotny.
Drugą połowę książki już tylko kartkowałem, starając się z przydługich wypowiedzi wyłapać na tyle dużo poszlak i wątków, by zrozumieć tajemnicę morderstwa.
Po wszystkim, dla odreagowania, nachętniej sięgnąłbym po Kubusia Puchatka.
04:57, venomik
Link Komentarze (17) »
czwartek, 28 maja 2009
Sztuka mebla
Owca mnie naprostowała. Zaprezentowane w notce o sztuce nowoczesnej prostopadłościenne coś nie jest wcale dziełem artystycznym (przynajmniej nie wprost) a półką. Opatrzona komentarzem ‘niezła w swoim wyglądzie daje nam świadomość możliwości i zmian w tej dziedzinie sztuki’ pozostaje jednak futurystycznym meblem i koniec.
Nie zmienia to wiele w moim podejściu do tematu, choć lekki wstyd, że nie sprawdziłem a moje argumenty odnosiłem właśnie do tego przykładu.
Wybaczcie wprowadzenie w błąd.

Sama Owca planowała zmieść mnie w tym temacie z powierzchni ziemi i, znając ją, zapewne skończyłoby się powodzeniem. Ostatecznie zostałem oszczędzony, nawet wbrew moim prośbom. Intelektualna humanitarność górą, wciąż mogę zbywać wątłe podstawy mojej własnej opinii wzruszeniem ramion.

Wcześniej, przy okazji rozmowy, wspominaliśmy pierwszy rok studiów i wyprawę do Starego Browaru na pierwszą w moim życiu wystawę. Byłem wtedy młody i lekko naiwny. Przez godzinę, podczas której zobaczyłem gołąbka na znaku ‘zakaz wjazdu’, podziwiałem bryłę gipsu (ponoć w kształcie płodu), oglądałem konfetti sypiące się z wentylacji do pustego pokoju (radosna wersja komory gazowej) czy wreszcie ‘podziwiając’ film. Kręcony jakby kamerą przyczepioną z przodu samochodu, który jeździł nocą po wielkim mieście. Nie udało mi się rozpoznać Poznania, ale całość była wyświetlana w bardzo szybkim tempie, więc żadnej pewności nie mam.
Wracałem rozczarowany.

- Wiesz, który eksponat najmilej wspominam?
- Nie mam pojęcia.
- Był umieszczony na zewnątrz, w parku. A ciemno już wtedy było.
- Taka fontanna czy coś?
- Nie wiem zupełnie, przez 30 minut błąkałem się po parku z mini-mapką jak trafić, ale nie znalazłem. Do dziś nie wiem co to było, ale spacerowało się całkiem przyjemnie :)

Tylko to miecz obusieczny. Nie wiem, czy nierozpoznanie dzieła sztuki źle świadczy o owym dziele – czy o mnie.

04:56, venomik
Link Dodaj komentarz »
Kulinarne wspomnienia
Zamarzyło mi się śniadanie wprost ze wspomnień. Z czasów, gdy jeszcze byłem malutki i mieszkaliśmy na wsi, razem z babcią, dziadkiem, siostrą i rodzicami w małym domku.
To właśnie śniadania pamiętam z tamtych czasów najdokładniej i jawią mi się w głowie jako ideał kulinarny, do którego w ostateczności ostrygi i kawior za małą fortunę w luksusowej restauracji mogą się jedynie zbliżyć.
Do takiego śniadania nie potrzebowałem jednak garnituru i karty kredytowej z odpowiednim debetem, wystarczył tylko świeży i chrupiący bochenek chleba, masło (koniecznie prawdziwe i zmarznięte!) oraz dżem truskawkowy.
Pamiętam więc babcie, która bezskutecznie próbowała rozsmarować masło na chlebie. Zgrzytała przy tym sztucznymi zębami, bo za nic w świecie się nie dawało. Zostawały jedynie gdzieniegdzie grube plastry, przykryte ostatecznie warstwą dżemu. Jedząc, zawsze dobierałem kolejne kęsy tak, by wygryźć chleb z samym dżemem, a dopiero w następnym zjeść kawałek z wielką ilością masła. Później znów obgryzanie i wielki kęs, gdy zbliżyłem się do masła.
Uwielbiałem to.
Byłem głęboko rozczarowany jeśli tylko babcia pamiętała o wcześniejszym wyjęciu masła i cały chleb był równomiernie posmarowany. Raz po raz przytrafiał mi się kulinarny sabotaż i taką kostkę chowałem z powrotem do lodówki, jeśli tylko nikt nie patrzył.
- Bo się roztopi – mówiłem później, mrugając niewinnie oczami.

Z głową pełną tych wspomnień i gardłem pełnym cieknącej śliny, tuż po godzinie szóstej rano (dla mnie to środek nocy) wybrałem się do piekarni po świeży, chrupiący i wciąż ciepły chleb. Kilka minut późnie okazało się, że prawdziwy chleb odległy był od tego wymarzonego (a to nowina). Nie był ciepły, na chrupiący nie wyglądał, za to miało się wrażenie, że jest taki jakiś… zwyczajny.
Mimo to niezrażony powędrowałem do sklepu. Znów źle. Market okazał się zamknięty, otwierają za godzinę. Chcąc, nie chcąc, poszedłem do osiedlowego sklepiku.
Masło? Nie ma, mogę podać margarynę. Dżem truskawkowy? Nie ma, mogę podać wiśniowy.
Bez sensu…
Kupiłem margarynę z domieszką masła i ser żółty w plasterkach. 
- Pięć sześćdziesiąt – zawołała ekspedientka. Nie mam, mogę podać siedem kapsli, chciałoby się odpowiedzieć.

Zrezygnowany wróciłem do mieszkania… właściwie tuż po drzwi. Tam poklepałem się jedynie po kieszeniach, zakląłem szpetnie w duchu, a głośno westchnąłem i wróciłem do piekarni.
Ekspedientka wyraźnie się ucieszyła
- Aaa… jest pan z powrotem.
- Nie powinna się Pani dziwić.
- Gdybym tylko wiedział gdzie pan mieszka, jutro poszłabym okraść – powiedziała z uśmiechem
- Nas? My biedni studenci, więc nic by to nie dało – odpowiedziałem, odbierając od niej torebkę z kluczami
- Już ja was znam, biednych studentów, jak wchodzicie do sklepu w butach za pół mojej pensji, laptopem na ramieniu i wybieracie kawałek ciasta jako przekąskę, bo do domu macie aż pięć minut i nie chce wam się czekać.
Przegadała mnie. Niby z uśmiechem na twarzy, ale słowa wypowiedziane całkiem serio i z nutą goryszy w tonie. Nie ma się co dziwić, o godzinie szóstej rano ciężko silić się na dobry nastrój. Pożegnałem się szybko.

Wróciłem do siebie. Ukroiłem kilka kromek chleba, posmarowałem margaryną i położyłem po plasterku sera. Spojrzałem na to z góry, kręcąc głową.
Nie udał mi się powrót do kulinarnego dzieciństwa.
Może następnym razem.
04:31, venomik
Link Komentarze (2) »
wtorek, 26 maja 2009
Poezja nowoczesna
Przedwczoraj próbowałem Owcy w trakcie rozmowy w prostokątnym okienku komunikatora wyjaśnić, dlaczego nie lubię większości sztuki nowoczesnej – która, w przeciwieństwie do dawnej, nie wymaga od twórcy wielkich umiejętności technicznych – doskonałego operowania pędzlem czy dłutem, które nabyło się po latach praktyki.
Dziś sztuką może być już absolutnie wszystko – wystarczy użyć wyszukiwarki obrazków wpisując „sztuka nowoczesna” i jako trzecia pozycja wyskoczy nam dzieło:



Albo możemy poszukać obrazów by ujrzeć dzieło o wymownej nazwie ‘kompozycja’



Wierzę, że zarówno do pierwszego jak i drugiego przykładu można dorobić piękną i głęboką analizę. Przecież do wszystkiego można.
Nie wiem, czy na pierwszym zdjęciu jest sarkofag czy przewrócona lodówka. I tak, mogąc obejrzeć to dzieło z bliska, dałoby dopasować do tego piękną filozofię.
Wszak i płytki film „Człowiek widmo” w którym człowiek po wynalezieniu i przetestowaniu na sobie serum powodującego niewidzialność zaczyna mordować wszystkich mogących wyjawić jego tajemnicę – jest wstrząsającą opowieścią o człowieku pozbawionym moralnych granic, mogącym nagle pozwolić sobie na dużo więcej niż wcześniej.
A pełna krwi i brutalności seria ‘Piła’ to głębokie studium człowieka postawionego wobec trudnego wyboru, gdzie ból i cierpienie może okazać się silniejsze niż pragnienie życia (lekko zgaduję, bo nie obejrzałem żadnej części).
Ot, przy odpowiednio kreatywnym podejściu wszystko, absolutnie wszystko może zostać uznane za głębokie. Co, zdaje się, jest nagminnie wykorzystywane.

Ale spokojnie. Nie będę się bawić w dziecko z ‘Nowych szat cesarza’, dziwiące się nagością władcy, do której widoku nikt inny nie chciał się przyznać. Nie będę z okrzykiem ‘sztuka nowoczesna nie jest ładna’ walczył o powrót do klasyki.
Wiem, że nijak mi to naprawdę oceniać, a moje zdanie jest oparte na kruchych, łamliwych podstawach, bez odpowiedniej wiedzy i doświadczenia. Co w owej rozmowie, razem z Owcą, zauważyliśmy niemal jednocześnie:



No, ale nie o tym chciałem. Lecz o poezji nowoczesnej, która, jak zauważył w jednej ze swoich książek Cejrowski – wymaga jedynie odpowiedniej kartki papieru.
Postrzępionej, nieregularnej.
To wystarczy.

Zobaczcie:
Fragment jednej z moich ostatnich notek:

„Jednym z pierwszych wspomnień (a może i dokładnie pierwsze?) jakie posiadam, dotyczy mojej nauki czytania. Byłem malutki, miałem wtedy ledwie skończone trzy lata, ale pamiętam, z jak wielkim przejęciem w kolorowych książeczkach (pewnie wtedy ciężko było rodzicom je zdobyć) łączyłem pojedyncze litery w słowa. Początkowo z dala od wścibskich oczu dorosłych, nawet jeśli czytałem na głos – słuchać mogli, spoglądać na tekst już nie.”

Niemal go nie zmieniając, za to wciskając tu i ówdzie Enter:

Jednym z pierwszych wspomnień
A może i dokładnie pierwsze?
Jakie posiadam
Dotyczy nauki czytania.
Byłem malutki
Miałem wtedy ledwie trzy latka
Ale pamiętam
Z jak wielkim przejęciem
W kolorowych książeczkach
Łączyłem litery w słowa.
Początkowo z dala
Od wścibskich oczu dorosłych.
I nawet gdy czytałem na głos
Słuchać mogli.
Spoglądać na tekst już nie.

I tym sposobem stałem się poetą.
Nowoczesnym, oczywiście.
Muszę dodawać, że w kwestii poezji także jestem zwolennikiem tradycyjnego podejścia?

Wiem, jeśli chodzi o poezję to przesadziłem trochę i sprowadziłem wszystko do absurdu.
Nie traktujcie tego zbyt poważnie.

05:37, venomik
Link Komentarze (11) »
Flirt
Nie, spokojnie. Nie będę nikomu doradzał w kwestiach flirtu - i tak domyślam się ewentualnej reakcji ('wiódł ślepy kulawego').
Sprawa sięga znacznie głębiej w przeszłość.
Lat temu niemal piętnaście, w pierwszych jeszcze latach szkoły podstawowej, zagraliśmy w karciany flirt. Domyślam się, że każdy wie o co chodzi. Bezgłośne rozmowy przy pomocy wypisanych i ponumerowanych zdań były wówczas dość popularne. Można było się przekomarzać, wyznać przyjaźń czy dozgonną miłość...

Zaraz, zaraz! Jaka przyjaźń?! Jaka (fuj!) miłość? To chodzi o dotykanie ust dziewczyny? Obrzydlistwo!
Cóż, mieliśmy wtedy tylko dziesięć lat, uczyliśmy się w małej szkole, gdzie dorastało się bardzo powoli.
Do gry we flirt nie były nam nawet potrzebne dziewczyny. Nam chodziło tylko o złośliwości, dogryzanie sobie, czystą zabawę bez szczypty czegokolwiek poważnego. Za to skrajnie dziecinną.
Klasyczne karty były więc dla nas dziwne, większość zdań kompletnie bezużyteczna, niektóre nawet, o zgrozo, miłe. Jak takimi grać?
No właśnie, od słowa do słowa, a później do czynów - stworzyliśmy własny komplet, którym grało się nam zdecydowanie lepiej. Kart było przynajmniej kilkanaście - osiem z nich znalazłem niedawno w książce, którą dostałem kiedyś jako nagrodę za świadectwo z paskiem.
Zapewne graliśmy jeszcze w dzień rozdania świadectw i tak je później wrzuciłem pomiędzy strony, by przypadkiem nie zginęły.
Jak widać - udało się.

Wszystkich osiem kart nie będę przedstawiał, ale ta jedna da Wam wyobrażenie czym dla nas w dzieciństwie był flirt.
Głowę dam, że po takiej wprawce większość z nas, grających, jest samotnych do dziś :)


(kliknij, by powiększyć)
04:39, venomik
Link Dodaj komentarz »
Obrazki z życia
Macie ochotę na małą fotorelację z rysiowych ostatnich dni? Tak? To świetnie!
Nie? Hmm… to macie pecha :)

Kilka dni temu musiałem wstać rano. Panna B. prosiła mnie o pomoc. Musiała rankiem przewieźć pięć własnoręcznie upieczonych placków na uczelnie, tam uszykować w odpowiedniej sali do degustacji – w ramach, jak to się ładnie zwie, analizy sensorycznej przypadkowe osoby próbowały wypieków i wypełniały ankietę – kilka podstawowych odpowiedzi na temat smaku, wyglądu, kruchości. Itp.
Zjawiłem się więc u Panny P. rano, spóźniony o 3 minuty, z wielkim napisem ‘MAŁO SPAŁEM’ wypisanym na czole. Wzbudzałem litość wśród przypadkowych przechodniów, jakaś młoda dziewczyna chciała mnie poczęstować kanapką, babcia w tramwaju zwolniła mi miejsce siedzące. 
No, może nie do końca było tak źle, ale…
Otwieram drzwi, wchodzę do mieszkania Panny P.
- Cześć.
- Cześć… mało spałeś? :)
Ehh…

Na szczęście noszenie ciast nie było czynnością specjalnie wymagającą fizycznie ani umysłowo, a i trochę adrenaliny (‘Ryś, jak upuścisz ciasto to Cię zabije!’) mocno mnie ożywiło.

Z całym porankiem na obcej uczelni wiąże się historyjka, gdy będą na korytarzu usłyszałem zza pleców męski głos:
- Wynoś się stąd!
- Kto, co i dlaczego? – pomyślałem błyskotliwie.
Do głowy, owszem, przyszły mi mniej i bardziej absurdalne pomysły. Żeby o porzuconej, szantażującej wykładowcę kochance nie wspomnieć (powinienem porzucić czytanie kryminałów, jak widać źle to na mnie działa). 
Okazało się jednak, że to władza uczelni okazuje ‘poirytowanie’ brakiem obowiązkowej kamizelki u studentki.


Tak wygląda sala w której była degustacja ciast. Na uczelni zwana ‘Salą Barmańską’ – jak widać nie bez powodu.



A tak wyglądają same ciasta:



i apetyczne zbliżenie:



Miało się jeszcze pojawić zdjęcie Panny B. w stylowym mundurku uczelnianym, ale to może po ewentualnym (i mało realnym) otrzymaniu pozwolenia.


Pełen dumy po dobrym uczynku wróciłem do domu. Tam czekała na mnie niespodzianka – przyszła paczka z poszewką na poduszkę. Z braku ukochanej dziewczyny nocami będę się przytulał do ulubionej drużyny :)
(dla pewności – to był żart, nie jest ze mną jeszcze aż tak źle ;-) )

Zdjęcie na dowód, że ta poszewka wygląda pięknie i czysto. Jest biała – więc to długo nie potrwa.



Po południu tego samego dnia zawitaliśmy z Panną P. do kawiarni – do poznańskiego Zapiecka. Jedna z najciekawszych poznańskich kawiarni, ale też i zaskakująco pusta. Zazwyczaj jest się jedynym gościem. Tego dnia akurat wychodziły ze środka 4 gimnazjalistki – zostały jeszcze przez chwilę, by wśród chichotów obgadywania chłopaków zrobić sobie na tle lokalu (tu następuje cytat) „zajefajne focie”.
Urzekający obrazek.
W ostatnich dniach tajemnica pustek w Zapiecku powoli się wyjaśnia. Najpierw zawitawszy tam wieczorem usłyszałem, że niedługo lokal jest zamykany, więc wchodzić nie warto (a reklamują się, że otwarte jest do ostatniego klienta!). Dziś natomiast już o godzinie osiemnastej było zamknięte, w środku ciemno i głucho.
Cóż, trudno polubić kawiarnię do której nie można wejść.
Wielka szkoda.

Opisywanego dnia na szczęście wszystko przebiegło bez przeszkód. Otwarte i pusto – ideał. Spokojnie zagraliśmy sobie w nieśmiertelnych Osadników z Catanu. Udało mi się przedłużyć moją zwycięską passę – jak się ostatecznie okazało, nie na długo. Następna gra, kilka dni później, przyniosła moją sromotną klęskę.
Wtedy jeszcze wszystko odbyło według starego, dobrego schematu – miałem szczęście w kościach lepszą strategię.
Handel z panną P., jak zawsze z resztą, to była prawdziwa droga przez mękę... 

Tak wyglądało to wszystko na koniec:
(w tle Panna P. Nie mogę sobie przypomnieć, czy pozwoliła mi umieścić to zdjęcie, czy też kategorycznie zabroniła... w razie czego - nie wydajcie mnie!)



(w oryginale powyżej znajdowało się nieco inne zdjęcie. Jak się okazało, umieszczanie poprzedniego zostało kategorycznie zabronione. To jest zrobione kilka dni później, w tym samym kolaku, przy tej samym stoliku, tej samej grze. I też wygrałem ja ;-) )

Panna P. jak zawsze uśmiechnięta. Nie bez powodu - raptem z dwie godziny wcześniej broniła swojego projektu z prognozowania. Efekt? Pięć punktów na pięć możliwych. Brawo!
(o dziwo to NIE była najwyżej oceniona praca - niektóre uczelnie nie przestają zaskakiwać)

Przy grze delektowałem się odrobiną gorącej czekolady.




Poniżej ostatnie już zdjęcie. Premierowe. Moje pierwsze zdjęcie na własnym blogu!
Jego tytuł:
"Ryś poszukuje własnej drogi.
Na kolanach.
Pod stołem.
Przy pomocy łyżeczki"
Niestety mimo usilnych prób droga została pochowana na wieki.




Na tym koniec notki, koniec zdjęć. Na następne szybko przyjdzie jednak pora. Postaram się w kolejnych dniach pogrzeszyć regularnością.
Czymś powinienem ;)
04:22, venomik
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 maja 2009
D jak nauka pisania
Jednym z pierwszych wspomnień (a może i dokładnie pierwsze?) jakie posiadam, dotyczy mojej nauki czytania. Byłem malutki, miałem wtedy ledwie skończone trzy lata, ale pamiętam, z jak wielkim przejęciem w kolorowych książeczkach (pewnie wtedy ciężko było rodzicom je zdobyć) łączyłem pojedyncze litery w słowa. Początkowo z dala od wścibskich oczu dorosłych, nawet jeśli czytałem na głos – słuchać mogli, spoglądać na tekst już nie.
Szło mi zaskakująco gładko. Tylko jedna, jedyna litera sprawiała mi trudności. Nigdy nie mogłem zapamiętać jak to wymówić (jak się okazuje, słusznie).
Biegałem wtedy za każdym razem do mamy, podkładając jej książeczkę pod nos i pytając:
- Mamusiu, mamusiu, a jak to się cyta?
- To jest znak zapytania synku – słyszałem zawsze w odpowiedzi – tego nie trzeba czytać. Możesz to ominąć.
Na swój sposób niepokoiło mnie to. Wcale nie cieszyłem się, że mam mniej do opanowania. Wolałbym kolejną literę do nauczenia się. Znak zapytania? Jest, choć się go nie czyta. Mam pomijać, choć występuje tak często. Rozumiecie sami, nie mogłem takiemu znakowi zaufać.

D
Krótko później, razem z moją starszą o dwa lata siostrą, uczyłem się pisać. Dostałem dwój własny zeszyt w trzy linie, mama pisała mi po jednej literce w każdej linijce, ja miałem uzupełniać do końca. Zabawa w przerysowywanie znaków nie przypadła mi, niestety, do gustu. Na domiar złego znienawidziłem małą literę ‘d’.
Zamiast do kółeczka dorysować kreskę, to ja rysowałem kreskę i do niej dopiero brzuszek. Rodzice tego nie zaakceptowali i kazali mi poprawić. To chyba był mój pierwszy foch w życiu i jedyny pod adresem litery :)

Sama nauka była dla mnie okrojoną wersją rysowania – wraz z siostrą uwielbialiśmy kopiować obrazki. Kładliśmy jeden przed sobą, obok pustej kartki i próbowaliśmy go w miarę wiernie narysować, linia po linii.
Nauka pisania była podobna, tylko mało ciekawa, rysowało się kreski, brzuszki i ogonki – zamiast drzew, domów czy koni (tych ostatnich wcale nie lubiłem, narysowane przeze mnie tylko umownie przypominały pierwowzór – z resztą do dziś konieczność rysowania konia napawa mnie niepokojem).

Najciekawsza była jednak, uwaga, nauka liczenia. Nie wiem, czy chodziłem już wtedy do przedszkola czy jeszcze nie, ale pierwszą kartkówkę z wyższej matematyki zrobiła mi siostra. Musiałem się wykazać umiejętnością mnożenia i dzielenia w zakresie stu. Takich właśnie przykładów miałem zapisanych kilkanaście na kartce.
Poniżej  jeden trudniejszy, z gwiazdką. Mnożenie dwóch liczb dwucyfrowych (zapewne stosunkowo niskich, choćby 12x14). Zabrałem się do dzieła.
Ku zdumieniu wszystkich poradziłem sobie z tym najtrudniejszym działaniem. Pamiętam do dziś siostrę, która po sprawdzeniu wyniku na kalkulatorze pobiegła szybko do mamy powiedzieć jej, co się stało.
Niestety sama kartkówka nie była bezbłędna… wiem nawet dokładnie na czym poległem. Na dzieleniu 60 przez 2. Byłem przekonany, że przy dzieleniu przez 2 skreśla się zero na końcu, więc jako wynik wpisałem 6 (ciekawe co myślałem o dzieleniu przez 10 :) ). Ba! Byłem tak pewny swojej racji, że nie wierzyłem w to co pokazuje kalkulator i poszedłem spytać mamę jaka jest prawda.
Niestety mama ze smutkiem przyznała rację kalkulatorowi, zamiast rodzonemu synowi - i na pierwszą bezbłędną kartkówkę z matematyki musiałem jeszcze poczekać. Siostra przejęta tym, że udało mi się policzyć w pamięci tak skomplikowane działanie chciała mi postawić najwyższą ocenę, na co ja w złości nie chciałem się zgodzić :)
Nie wiem na czym stanęło, na szczęście ten rodzaj naiwnego poczucia sprawiedliwości trochę mi przeszedł.

A propos wspomnianego dzielenia – już wtedy za dwie najważniejsze liczby w matematyce uważałem 2 i 10. Czyżby pierwszy zew w kierunku informatycznych systemów binarnych? Kto wie?

02:34, venomik
Link Komentarze (3) »
Nad poznańską maltą
Jak już jakiś czas temu wspominałem – lubię się przebiec dookoła Poznańskiem Malty. Dziś też – mimo parnego powietrza, które później mocno dało mi się we znaki.
I tak po 25 minutach biegu usłyszałem strzępek rozmowy spacerującej pary.
Dziewczę do swojego oblubieńca:
-… była bitwa pod maratonem właśnie, miastem takim. Pomiędzy rzymianami i kimś jeszcze, ale nie pamiętam kim. I później jeden żołnierz…
Machinalnie odwróciłem się do nich, uśmiechnąłem i rzuciłem:
- To Grecy byli, nie Rzymianie. (co do Persów nie byłem pewien i przemilczałem)
Dziewczę spojrzało i odwzajemniło uśmiech.
- Spadaj, kur*a.

Cóż – i tak się spieszyłem.

Przy okazji dziękuję Pannie B. i jej Renault za uratowanie mnie od czekania na tramwaj i późniejszego sprintu z przystanku do mieszkania wśród ulewy, błysków i grzmotów.
Brrr… nie cierpię burzy jak nie jestem pod dachem.
 
 
Prawda, że śliczne miejsce na jogging? 
 
malta 
01:25, venomik
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3