Okulary przeciwsłoneczne




Lubię czytać
Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Fotoprzepisy | Mój codziennik
RSS
sobota, 30 kwietnia 2011
Krótka historia tańca
Wszystko zaczęło się kilka lat te… nie, okłamałbym Was. Pominął kilka (może istotnych?) epizodów. Przyjmijmy więc kronikarską dokładność i zacznijmy od naprawdę pierwszego aktu.
Od szkolnych dyskotek.
W mojej głowie jawią się one jako wieczny pojedynek pomiędzy nauczycielami odganiającymi uczniów spod ścian na środek parkietu, a uczniami właśnie, którzy za szczyt honoru stawiali sobie możliwie długo się owych ścian trzymać.
Z reguły wygrywaliśmy. Byliśmy bezwzględni, byliśmy stanowczy, byliśmy… przerażeni. Co tu dużo kryć – chodziliśmy do wiejskiej szkoły podstawowej i mając 13 lat taniec przerażał nas jeszcze bardziej niż dziewczyny. Głównie dlatego, że wymagał kontaktu z dziewczynami. A na domiar złego – trzeba je było wcześniej poprosić.
Rozumiecie nasze położenie? Jedna nieprzyjemna czynność torowała drogę do innej, już przerażającej. A wszystko po to, by nauczyciele się nie czepiali. Rozumiecie nasze położenie? Wygodniej było starać się nie rzucać w oczy.

 
Akt drugi:
Kilka lat później, pod wpływem hormonów i presji rówieśników kolejni twardziele się wykruszali i szli na parkiet. Z dziewczyną - koniecznie do wolnych piosenek. Udawaliśmy wtedy przed innymi (a może i przed samym sobą), że wcale się tego nie boimy. Nie ominęło to również i autora tego bloga.
Poprosiłęm więc, ambitnie, najładniejszą dziewczynę w klasie i ruszyliśmy na środek parkietu. Dopiero wówczas, w połowie drogi (!!) uświadomiłem sobie, że ja nie mam zielonego pojecia co robić: gdzie trzymać rękę, jak stawiać nogi, jak blisko siebie być, oprzeć głowę na jej ramieniu czy tylko udawać, itp. Moja matematyczna dusza (wszak wystarczyło wcześniej przyjrzeć się innym parom i problem z głowy!) strasznie mnie wtedy zawiodła.
Intuicja też - o tym szybko zostałem uświadomiony przez moją partnerkę, która delikatnym, acz stanowczym ruchem podniosła moją dłoń, którą trzymałem na jej plecach (To wciąż były plecym, przysięgam!).
I na tym w zasadzie zakończyła się przygoda z tańcem w szkole podstawowej. Aż do końca ósmej klasy jeszcze trzykrotnie zapraszałęm dziewczynę do tańca i trzykrotnie dostałem kosza (po części dlatego, że te wszystkie zaproszenia były skierowane do tej samej dziewczyny w ciągu może 15 minut).
Później nastał słodki czas liceum.
Ale o tym w kolejnych odsłonach :)

22:14, venomik
Link Dodaj komentarz »
Słownik podróżnika komunikacją miejską:
Małe szczęście:
- jeździć regularnie komunikacją bez biletu i nigdy nie otrzymać mandatu 
Duże szczęście:
- nie otrzymać mandatu, mimo że wielokrotnie trafiało się na kontrolę
Tupet:
- wmówić wszystkim kontrolerom, że tak naprawdę posiada się bilet trzymiesięczny, ale akurat dziś, podczas kontroli, zapomniało się go zabrać
Duży tupet:
- tak odegrać swoją rolę, że wrażliwa kontrolerka sama z siebie spytała dokąd gapowicz jedzie by ostrzec go, że na tej trasie będzie więcej kontroli (jednodniowa akcja) i by nie jechał dalej już bez biletu.
Ogromny tupet
- spytać ją wówczas gdzie kontroli nie będzie, by jednak dało się dojechać do mieszkania na gapę. I dostać odpowiedź!
22:05, venomik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 kwietnia 2011
W małych miasteczkach
W małych miasteczkach, wbrew pozorom, można się wszystkiego spodziewać.
U fryzjera:
- Jak strzyżemy?
Wyjaśniłem co chcę mieć na głowie.
- Może być maszynką?
- Najwyżej boki.
- Jaka długość nakładki?
- Szczerze mówiąc nie wiem.
Raczej nie bywam obcinany maszynką. Mam ulubiony salon fryzjerski i tam chodzę od lat.
- Mam nakładki dające długość 3, 6, 9 albo 12 milimetrów.
Niewiele mi to oczywiście mówiło, bo moja matematyczna wiedza runęła w starciu z wyobraźnią. Potrafię sobie wyobrazić 12 milimetrów, ale gorzej z głową pełną 12-milimetrowych włosów.
Fryzjerka musiała moje bezradne spojrzenie trochę źle zinterpretować. Wyjaśniającym tonem (pewnie wierzyła, że właśnie rozwiewa wszelkie moje wątpliwości) stwierdziła:
- Dwanaście milimetrów to około centymetra jest!

U szewca:
Odbieram właśnie but oddany do naprawy dwie godziny wcześniej.
- Ile płacę?
- Pięć złotych.
Mało, zdziwiłem się. Bardzo mało, zważywszy na to, że but wygląda lepiej niż nowy i jednak trochę wysiłku naprawa kosztować musiała. Ale po chwili…
- W ogóle nie powinienem panu tego buta naprawiać.
- Dlaczego?
- Bo pięć złotych to mało za taką naprawę.
- Dlaczego nie bierze pan więcej?
- Bo to praca za pięć złotych. Ale nie warta tego by ją za pięć złotych wykonywać.
18:59, venomik
Link Dodaj komentarz »