Okulary przeciwsłoneczne




Lubię czytać
Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Fotoprzepisy | Mój codziennik
RSS
wtorek, 29 grudnia 2009
Przebranie
W akcie desperacji na dni kilka przed zbliżającym się przebieranym sylwestrem umieściłem na gg opis:
"Oddam królestwo i pół księżniczki za pomysł na sylwestrowe przebranie". Po kilku dniach posuchy miałem dorzucić nawet drugą połowę księżniczki. Ale ostatecznie nagrody nikt nie zgarnął.
Choć chętni byli:

Przyszła prawniczka: Rok temu mój kolega przebrał się za widelec.
Ryś: Za taką pomoc to królestwa ani połowy księżniczki nie dostaniesz...
Przyszła prawniczka: Przynajmniej było oryginalnie.
Ryś: Ja już sobie strój wybrałem. Będzie lepiej oddawał mój wygląd i charakter.
Przyszła prawniczka: Za co się więc ostatecznie przebierasz?
Ryś: Za Ponurego Żniwiarza.

Przyszła prawniczka: jak on w ogóle wygląda?

Ponury Żniwiarz wygląda dokładnie tak:


02:19, venomik
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Zima
Największy plus obecnej pogody: bliżej mam po piwo na balkon niż do lodówki.
19:34, venomik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 grudnia 2009
Opowiadanie
Dlaczego mi nikt nie chce wierzyć, że to opowiadanie Stanisława Lema tak mnie rozbawiło w pociągu? Mam je tutaj wkleić w całości czy co? :)
W sumie jak pewną (przyszłą) prawniczkę rozbawiło, to musi być śmieszne.
I koniec.
14:20, venomik
Link Komentarze (8) »
piątek, 25 grudnia 2009
W podróży
Napisałem niedawno w komentarzu, że zdradzę też te pozytywne strony kupowania sobie samodzielnie prezentu. Wszak nie można wiecznie narzekać.
Sprawa jest aż nadto prosta. Taki kupiony przez siebie prezent można wykorzystać jeszcze przed gwiazdką. Sweter można założyć, z kubka się napić, perfumami się skropić na randkę, a taką książkę przeczytać.
Właśnie, książkę. Bo o tym chcę napisać.
Ale nie zaczynajmy historii od środka.
Posłuchajcie…
Z Poznania do rodzinnego domu oprócz całej gamy prezentów bożonarodzeniowych musiałem zabrać także misia. O którym jakiś czas temu wspominałem, umieszczając nawet zdjęcia. Kto je widział ten wie, że to nie byle jaki miś, ale ogromny niedźwiedź. Metr dwadzieścia jak nic. Ale łagodny (jak to maskotki).
Do pociągu dostałem się na 45 minut przed odjazdem (przesadziłem z przedświateczną paniką – bo ani kolejki długie nie były, ani w pociągu ogromu ludzi). Wrzuciłem plecak na miejsce dla bagaży, misia posadziłem naprzeciwko siebie i powiedziałem do niego:
- Teraz sobie siedź, bo już dość Cie dziś nosiłem, leniwy niedźwiedziu.
Nie było to do końca świadomie. Ot, ostatnio nauczyłem się do niego mówić, tak jak inni rozmawiają z psami czy roślinami. Ale zawsze jak byłem sam w pokoju. Na szczęście pociąg jeszcze świecił pustkami, więc nikt na mnie nie zwrócił uwagi.
Kiedy już zbliżał się odjazd i zaczynało się robić tłoczniej, posadziłem misia bezpośrednio obok mnie – chcąc innym osobom zrobić miejsce naprzeciwko. I znów nie zapanowałem nad językiem…
- Teraz siedź tutaj spokojnie, bo nas czeka długa podróż (dla takiego domowego niedźwiedzia jak on, dwie godziny w pociągu to jak dla nas tydzień)
Momentalnie wlepiłem wzrok w peron za oknem udając, że nie widzę skierowanych na mnie zaciekawionych par oczu. I nakazałem sobie szybciej gryźć się w język.
I słowa w sumie dotrzymałem. Choć…
- Bileciki do kontroli! 
Grzecznie podałem mój bilet.
- Oj, jaki śliczny misio – zachwyciła się konduktorka
- Dziękuję
- A bilet to on ma?
Przez chwile zamajaczyła mi w głowie myśl, że ona mówi serio. W końcu miś zajmował jedno miejsce, siedząc jak każdy inny pasażer. Na szczęście po uśmiechu konduktorki dało się wszystko rozpoznać.
- Oczywiście, że ma – uśmiechnąłem się też w odpowiedzi i sięgnąłem po portfel. W nim zawsze mam jakieś stare bilety kolejowe, których jeszcze nie wyrzuciłem. Wziąłem jeden z nich i podałem zaskoczonej konduktorce.
Wtedy dopiero zdałem sobie sprawę, że to głupawy żart, więc ona pewnie się tylko skrzywi i sobie pójdzie.
Jakże się myliłem! Początkowe zdziwienie zastąpiła kolejnym uśmiechem, zręcznie włączając się do konfabulacji. Skasowała ów bilet raz jeszcze i oddała mi ze słowami:
- Dziękuję, życzę Wam obu przyjemnej podróży
I znów, jak na komendę, wszyscy zaczęli wlepiać we mnie swoje oczy, a ja podziwiałem ciemności za oknem. I przygryzałem wargi ze śmiechu.
I na tym by się sprawa skończyła, gdyby nie moja słaba wola. Z nudów nie potrafiłem się opanować i sięgnąłem po książkę, którą sobie sam jako prezent od siostry kupiłem. Tak prawdę mówiąc to ja w ogóle opanowywania się nie miałem w realnych planach – dlatego książkę schowałem w miejsce skąd mi ją było najłatwiej wyciągnąć.
Delikatnie uchyliłem kartki, żeby później nie było widać śladu czytania, po czym zagłębiłem się w lekturze.
„Cyberiada” Stanisława Lema. Czyli Trurl i Klapaucjusz. 
Minęło kilka chwil i… i popłakałem się ze śmiechu.
Serio.
To był płacz ze śmiechu w najczystszej postaci. Najpierw chichot, przez który na chwilę przerywałem czytanie, ale minęło niewiele czasu aż bezsilny odłożyłem książkę na bok. I przygryzałem wargi, i zakrywałem dłonią usta – nic nie pomagało. Każdy w wagonie mnie łatwo słyszał.
A ja przecież jestem poważnym człowiekiem!
No nic, po kilku minutach się uspokoiłem. W tym czasie jednak wszyscy ludzie dookoła odsunęli się ode mnie na tyle, na ile im mały wagon pozwalał i dopiero wtedy wrócili do udawania, że mnie tutaj w ogóle nie ma. Nawet miś patrzył na mnie z politowaniem.
Ale co ja takiego mogłem zrobić?
14:44, venomik
Link Komentarze (2) »
Żart
Wigilia, godzina 21.00: Moja rodzinka wyraźnie się wstawiła.
Opowiedziałem im żart informatyczny na temat Windowsa Visty a oni niespodziewanie zaczęli się śmiać.
01:22, venomik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 grudnia 2009
Życzenia
"Ile równań niezależnych
ile jest szeregów zbieżnych,
ile całek niewłaściwych,
ile na płaszczyźnie krzywych, 
ile funkcji kwadratowych
co nie mają miejsc zerowych, 
ile krzywe mają siecznych, 
ile jest układów sprzecznych, 
ile różnych jest symetrii, 
ile twierdzeń w geometrii, 
ile przestrzeń ma wektorów, 
co nie tworzą pustych zbiorów, 
tyle szczęścia i radości 
W Twoim domu niech zagości"
(autor nieznany)
13:37, venomik
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 grudnia 2009
Prezenty
Święta, święta i po świętach. Chciałoby się powiedzieć, choć 'nieco' przedwcześnie. Za 20 godzin dopiero wigilia.
Ale mój świąteczny nastrój, kiełkujący dopiero, prysł. Na dobre.
Więc Wam trochę pomarudzę. I poopowiadam.

Działo się to lata temu, jak byłem jeszcze małym berbeciem... wystarczająco dużym, by nie wierzyć w świętego mikołaja, a jednocześnie na tyle małym, by niecierpliwie wyczekiwać prezentów. Zbyt niecierpliwie, jak się okazało. Bo nie mogłem oprzeć się pokusie i będą sam w domu przekopałem się przez sypialnię rodziców.
Znalazłem prezent dla mnie. Dwie książki. Matematyczne :)
"Och, ta matematyka" którą nam właśnie przed oczami oraz "Och, ta geometria" która gdzieś mi kilka lat temu zaginęła. Możecie mi wierzyć – to nie był zły prezent. Wręcz przeciwnie. Siadłem momentalnie do czytania i nim ktokolwiek wrócił do domu miałem już za sobą połowę tej geometrycznej. 
Problem był tylko taki, że właśnie zabiłem sobie całą świąteczną atmosferę. Jak na takiego urwipołcia byłem nieźle wściekły na siebie. I rozczarowany. Nagle z radosnego oczekiwania nie zostało już nic. Zero napięcia i humoru.
Wszystko jednak  skończyło się dobrze, bo te dwie książki to była część prezentu. Ale wyniosłem z moich odczuć cenną lekcję – nie ma sensu szukać gwiazdowych prezentów. I nie ma to jak niespodzianka.
I w tym przekonaniu tkwię do dziś. Ku irytacji mojej mamy, siostry, mojego taty…

- Co Ci kupić na gwiazdkę?
- Nie wiem, wymyśl coś sama.
- No ale podpowiedz coś…
- Przydałby mi się zielony długopis!
- Przecież Ci długopisu na gwiazdkę nie kupię!
- Wybacz, to był głupi pomysł. To może soczek marchwiowy?
FOCH

Tak było dwa czy trzy lata temu. Rok w rok powtarzam, że nie powiem im co mi mają kupić. W pełni świadomie ryzykuję kompletnie nietrafione prezenty. Jak dwa damskie swetry, które od trzech lat wiszą w mojej szafie i nie mam za bardzo co z nimi zrobić (już ten soczek faktycznie byłby lepszy :) ).

W tym roku się nie udało. Jak od początku twardo mówiłem, że nic nie podpowiem, tak stopniowo miękłem pod groźbami, że jak sam sobie nie wybiorę czegoś (i najlepiej nie kupię) to nic nie dostanę. Bo rodzice nie mają czasu szukać czegoś dla mnie. Chyba nawet nie zdawali sobie sprawy, że to dość nieprzyjemnie brzmi ‘Kupiliśmy wszystkim prezenty, ale na Twój nie mamy czasu’ .
Chcąc, nie chcąc (głównie go drugie) kiedy groźba stała się prawdziwa wyszedłem na poszukiwanie prezentu dla siebie. W ostatniej chwili, czyli wczoraj. Kilka godzin przed powrotem do domu.

Kupno świątecznego prezentu dla samego siebie jest ciężką sprawą. Na dobrą sprawę taki podarunek powinien:
- być fajny
- być nietypowy
Bo zawsze przed argumentacją ‘wybierz sobie coś sam, to prezent będzie trafiony’ wiecznie odpowiadałem: sam sobie kupić coś mogę przez cały rok. W ten jeden dzień niech będzie niespodzianka.
Przez głowę przeszła mi masa mniej lub bardziej dziwacznych i idiotycznych prezentów. Zastanawiałem się nawet nad dwiema parami damskich spodni – do powieszenia w szafie pod swetrami :)

Prezent sobie ostatecznie kupiłem, zadowolony oczywiście nie jestem, choć bym się bardzo cieszył gdybym coś takiego dostał od rodziców.
Przejmować się, rzecz jasna, nie zamierzam, bo wiem jak to brzmi. Marudzę, bo dostałem kasę i miałem sobie kupić prezent na własną rękę. Paranoja, prawda?
Może faktycznie trochę przesadzam, może udzielają mi się święta, za którymi nie przesadzam.
Ale jak od tego roku już zawsze będę sam sobie kupował prezenty, to dojdzie jeszcze jeden argument dlaczego tak właśnie jest.

A na koniec, żeby tradycji stało się zadość, moja ulubiona świąteczna piosenka.
Miłego słuchania :)


23:58, venomik
Link Komentarze (2) »
Szpan
Dostałem wczoraj maila na adres, który jest podany tutaj na blogu i którego w zasadzie od dłuższego czasu nie używam. Poza kilkoma zdaniami, których przytaczał nie będę, padło pytanie czy ja tego bloga prowadzę dla szpanu.
Przypomniały mi się czasy mojej podstawówki. Odległe, więc piękne. Zajaśniała w głowie sytuacja, kiedy nasza wychowawczyni poczęstowała nas, pewnie z okazji swoich urodzin, czekoladkami Merci. Cóż to był wtedy za rarytas!
Każdy dostał po dwie takie. I ja zadziwiłem wszystkich wtedy, bo umiałem czekoladkę otworzyć tak, by zerwać tylko folię, podczas gdy papierek pozostawał wciąż na słodkości (kilka dni wcześniej wujek poczęstował mnie dokładnie tym samym).
Piękne to były czasy, kiedy do szpanowania wystarczyła mała czekoladka. Teraz trzeba pisać jakieś blogi...

Ale to tylko dlatego, że nie mam BMW. Jak się dorobię BMW to porzucę bloga i będę szpanował w realu.

22:32, venomik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 grudnia 2009
Przebranie
A propos wspomnianego przed chwilą sylwestra...

Macie może pomysł na sylwestrowe przebranie?!
10:53, venomik
Link Komentarze (2) »
Uwaga, swatają!
Rozmowa z mamą przez telefon:

- Sam jedziesz na sylwestra?
- Sam
- Dlaczego tak?
- Spytałem dwie osoby, ale obie były tak wredne i mi odmówiły
(powiedziałem głośno, kopiąc jednocześnie krzesło na którym jedna wredota właśnie siedziała)
- Może czas poszukać sobie kogoś na stałe?
(oho, pomyślałem, zaczyna się)
- Dobrze mamuś, tylko nie dzisiaj, już nie mam czasu. Jutro się zacznę rozglądać.
- Ale ja mówię poważnie.
- Ja też poważnie nie mam dziś czasu... ale skoro nalegasz to od jutra rozglądam się za żoną.
- To nie ma być żona, ale dziewczyna!
- Wolałbym, żeby moja żona była też dziewczyną.
- Ty sobie żartujesz...

Fakt. Ale co mi pozostało?
Kilka miesięcy temu babcia mnie spytała, czy ja mam tam w Poznaniu jakąś dziewczynę. Odpowiedziałem, że nawet dwie. Jedna jest ładna, a druga inteligentna i cały czas nie wiem którą wybrać.
Od tamtego dnia babcia nie poruszyła więcej tego tematu. Widocznie nie chce mi podpowiadać.
10:50, venomik
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3