Okulary przeciwsłoneczne




Lubię czytać
Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Fotoprzepisy | Mój codziennik
RSS
środa, 31 grudnia 2008
Ryś na odludziu
Konińskie pociągi niemal zawsze omijają (odpowiadającą mi) trasę Franowo – Starołęka – Główny, preferując jazdę poprzez Antoninek – Wschód – Garbary – Główny.
Ciężko się dziwić, idąc dworcem starołęckim człowiek nawet nie czuje, że jest na peryferiach wielkiego miasta. Wyczuwa odludzie, spodziewając się za zakrętem tubylca z bumerangiem w ręce, a przynajmniej autostopowicza z napisem ‘Poznań’ na kawałku kartonu.

Starsza pani (z przerażeniem)
- Czy tu są już tramwaje?
Ryś:
- Tak, cywilizacja dotarła tu przed nami
00:52, venomik
Link Dodaj komentarz »
Święta, święta i po świętach
Chciałem napisać notkę podsumowującą moje Boże Narodzenie, ale tytuł obecnej niemal wyczerpuje temat (nie poczułem świątecznej atmosfery przed, w trakcie, ani tym bardziej po świętach).
Niemal – bo warto się podzielić dwiema kwestiami.
Pierwsza – to świąteczne życzenia. Podziwiam moich rodziców, którzy w wigilię otrzymując dziesiątki wierszyków, czytali każdy kolejny z jednakowym przejęciem (nieważne, że otrzymany piąty raz) a w odpowiedzi wysyłali najciekawszy spośród wszystkich wcześniejszych.
Sam świąteczne wierszyki wysyłałem raz w życiu – dwa lata temu do kilku najbliższych osób – ale własnoręcznie pisane. Wyszukiwanie ich w google, świadomość, że to samo otrzymują właśnie setki osób w Polsce – skutecznie mnie zniechęca. W dawaniu i otrzymywaniu.
Inna sprawa to życzenia od osób, które życzeń mi składać nie powinny. Bo one, niezależnie od formy, potęgują żywione uczucia.
Zwykłe 'wesołych świąt!' od bliskiej mi osoby - najzwyczajniej mnie rozczula.
Natomiast osoba, której nie lubię i której unikałem (skutecznie!) przez lata nagle wysyła mi zaproszenie na n-k, by w grudniu wkleić mi wierszyk/bałwanka w komentarzu – tylko dobija resztki naszego kontaktu (skądinąd wymuszonego).

Sam w tym roku postanowiłem pierwszego dnia świąt zadzwonić do najbliższych mi osób, które znam już pewien czas. Z głupim 'Wszystkiego najlepszego z okazji świąt’ (nigdy nie umiałem składać życzeń). I tego zamierzam się trzymać w najbliższych latach, bo to chyba jedyna sensowna możliwość udowodnienia w święta, że ktoś jest mi naprawdę bliski.

Druga kwestia – prezenty. W naszej rodzinie dzielą się na te przyjmowane z radością i na te, gdzie owa radość jest szczera. Wierzcie mi, przez wszystkie wigilie, jakie pamiętam nikt nigdy nie skrzywił się na widok swojego prezentu. Nikt nie był średnio zadowolony. Każda osoba niezwykle cieszyła się z otrzymanego prezentu – a przynajmniej z ambicja godną lepszej sprawy starała się to pokazywać.

Dostałem na gwiazdkę opium. Nie, nie takie, którym zdobywa się szacunek ‘ludzi ulicy’, ale perfumy, które poznałem lata temu, zakochując się w nich od pierwszego wdechu. Kochana siostra, świadoma tego od dawna, postanowiła mi je sprezentować.
Ja byłem oczywiście zachwycony, ale swoje zdanie musiała wyrazić moja rodzinka. Zaznaczam, że zapach silny, orientalny, korzenny – mocno wyłamujący się z orzeźwiających, cytrusowych zapachów używanych przez rodziców.
Pierwsza powąchała siostra.
Iwona: (znała już ich zapach)
- Ładne, mi się podobają.
(widać, że była przygotowana)
Mama:
- Fajne, super perfumy
(powiedziane tak szczerze, że niemal dałem się zmylić).
Tatko psiknął mocno w zakręcanie, podstawił pod sam nos, wziął głęboki wdech, jakby to nie były perfumy, ale pierwszy od lat papieros. Ciężki, korzenny zapach zrobił swoje.
I tatko się zakrztusił, wstrzymał oddech, łzy pojawiły mu się w oczach
- Ładne – powiedział (a raczej zapiszczał) czerwieniąc się, resztką sił wstrzymując kaszel (z jeszcze gorszym skutkiem niż moje wstrzymywanie śmiechu).
I jak tu ich nie kochać?
00:44, venomik
Link Komentarze (2) »
czwartek, 25 grudnia 2008
Pasterka
Dobija północ. Zostałem sam - mama także wybrała się na pasterkę.
Zmieniła to, co niezmienne, tradycję rozbiła w puch.
Powiało grozą.
00:12, venomik
Link Komentarze (1) »
środa, 24 grudnia 2008
Obserwując święta
Dziś od rana było Wielkie Pakowanie Prezentów. Koniecznie tak, żadne tam pospolite pakowanie! Irytacji, złości i krzywych spojrzeń (zużył więcej kolorowego papieru niż obiecał!) było wiele. A najwięcej nerwów pokazał, o dziwo, mój tatko.
Od początku: moi rodzice, znudzeni starym DVD przy telewizorze, postanowili kupić nowy odtwarzacz. Ale koniecznie z możliwością odczytu plików zakodowanych divx (żeby tak łatwo nagrać na komputerze i można było oglądać) oraz z dyskiem twardym (a nagrywać to na nim można?) i markowej firmy (schowaj pan tego, ja firmy nie znam. Pokaż lepiej tego soniacza co obok leży).
Nie było mnie przy kupnie, ale tak to sobie właśnie wyobrażam. I zapewne mam wiele racji, kupowaliśmy już razem poprzednie DVD, wieżę, telewizor, głośniki do kina domowego czy nawet mikrofalę, więc wiem jak to jest.
Jako że święta nadeszły, postanowili razem, że zamiast dawać sobie prezenty to zdecydują się na wspólny zakup odtwarzacza. Jak postanowili, tak zrobili... ale święta bez podarunków nie byłyby prawdziwymi świętami.
Mama (z myślą o tacie) kupiła komplet męskich kosmetyków.
Tata (z myślą też o tacie) kupił ‘skromną’ koszulę nocną swojej małżonce.

I tu się zaczęło. Dość powiedzieć, że oboje prezenty schowali w sypialni, to jeszcze w tym samym miejscu (!), nie zdając sobie zupełnie z tego sprawy (!). Kąt pomiędzy szafką nocną a ścianą w zasadzie nieźle się do tego nadawał (jak na część wspólnej sypialni). Leżało tam kilka kartonów: od karty graficznej czy płyty głównej, stał obraz - prezent, którego nie chcą nigdzie powiesić czy leżało kilka starych krawatów taty. Ot, taki zagracony kąt. Dlaczego właśnie tam schowali?
T: A co by mama miała tam szukać?
M: Przecież tata tam nigdy nie zagląda.

Czyli zaczęli zabawnie.
A później było jeszcze śmieszniej.
Mama, wyciągając z kąta prezent dla taty by go zapakować, nieświadomie musiała wepchnąć głębiej pudełko ze swoją koszulą nocną. Ja, stojąc niedaleko, także o niczym pojęcia nie miałem.
Dopiero kilka godzin później tatko rozpoczyna szukanie prezentu dla małżonki. Sprawdził ten kąt, ale nie mógł go znaleźć. Pomyślał, że pomylił miejsca i zaczął przeszukiwać całą sypialnię, później pokój gościnny, nawet do garażu zajrzał. Poprosił mnie o pomoc, wyjaśnił czego szuka – powiedziałem, że coś podobnego widziałem w szafce z lustrem. Tatko sięgnął, odetchnął głęboko (jakże przedwcześnie), schował pudełko ‘z prezentem’ do torebki i zaniósł pod choinkę. Kwadrans później tatę olśniło:
- Ty bałwanie, Ty wiesz co mi dałeś?
(sam sięgał, ale nie chciałem się kłócić)
- Przez Ciebie mamie zapakowałem jej starą kremową koszulę, w której od długiego czasu nie chodzi!
Faktycznie, po bliższych oględzinach okazało się, że pudełko nie dość, że wiekowe, to jeszcze zawiera zwykłą koszulę. Rozpoczęliśmy kolejne próby odnalezienia prezentu, tym razem uwieńczone sukcesem.
Tatko, już pełnoprawnie, odetchnął z ulgą. Ja pozwoliłem sobie tylko na złośliwy uśmiech.



Godzina 17.30 (początek kolacji wigilijnej w gronie 10 osób)
Mama: Kto idzie z tatą na pasterkę? Ja idę.
Ryś: (pod nosem) Oho, cierpliwości.
Godzina 18.00
Mama: Ale mnie coś dziś kręgosłup boli, tak między łopatkami. Będziemy musieli jechać wcześniej, żebym usiadła.
Godzina 18.30
Mama: To o której będziemy jechać?
Tatko: Tak koło jedenastej żebyśmy wyjechali, bo nie usiądziemy.
Mama: Ahaaa...
Godzina 19.15
Mama: No gdzie będziemy jechali na godzinę przed mszą. Jedźcie sami, już Wam nie będę głowy zawracać.

A jako bonus: zdjęcia:

Oto nasza choinka:




Wigilijny stół (jeszcze pusty):




A oto prezent dla myszy. Jej ulubiony smakołyk zawinięty w ozdobny papier. Ostatecznie okazało się, że sam papier jeszcze bardziej przypadł jej do gustu. Typowe :]
(w narożniku mysz)



A tutaj już Mózg w pełnej krasie. Ahh... ta dumna postawa
(niestety nie przemawiał dziś ludzkim głosem)




I na koniec dowód, że dziś nawet śnieg padał. Delikatna biel otuliła wszystko dookoła. Niestety pod butami nie skrzypi, więc nie zachęca jeszcze do spacerów.



20:54, venomik
Link Komentarze (1) »
wtorek, 23 grudnia 2008
Na poznańskim rynku
Kontynuując wątek świąteczny – kilka dni temu, korzystając z ostatnich kilkudziesięciu godzin w Poznaniu, wybrałem się do centrum by kupić ostatnie dwa prezenty.
I nie do końca wiem, czy oceniać wypad jako nieudany czy wręcz przeciwnie.
Nie kupiłem żadnego prezentu. Zmokłem. Zmarzłem. To na minus.
A na plus – cóż, kupiłem dwie herbaty (każdy ma swoje słabości), książkę, którą pochłaniam w wolnych chwilach i napiłem się ciepłego piwa z miodem – na miejskim rynku.
A wszystko zaczęło się niewinnie. Mając już herbaty i książkę w plecaku, kilka kilometrów w nogach i marsową minę na twarzy – wyszedłem z centrum handlowego. Wprost na skropioną nieśmiałym deszczem ulicę (wspomniałem, że uwielbiam wielkie miasta ciemną porą, gdy pada deszcz?). Szybko skalkulowałem wolny czas. Miałem go więcej niż przypuszczałem. Zamiast na tramwaj udałem się najkrótszą drogą na poznański rynek. Ciekaw czy i co świątecznego będę mógł tam znaleźć.
I zetknąłem się z czymś, czego się nie spodziewałem. Zamiast kolorowych lampek czy wielkiego, dmuchanego Mikołaja były stragany. Ładne, klasyczne, nie bazarowe – ale stragany. I mało świąteczne produkty – owszem, zdarzały się ozdoby, łańcuchy. Ale poza tym dominowały srebra, ciepłe oscypki, pamiątki, ozdobne origami czy, w końcu, coś do jedzenia. Smażona kiełbasa, bigos, pajda ze smalcem. Same rarytasy.
I nagle... w tym właśnie miejscu – na rynku, w wieczornym deszczu, pośród mało gwiazdkowych elementów – odniosłem dziwne i dość mgliste wrażenie, że kiedyś, gdy do grudniowych świąt nie dotarła jeszcze komercja – tak właśnie wyglądało prawdziwe Boże Narodzenie. Ja wręcz... (aż boję się wypowiedzieć te słowa) na przekór całej sytuacji poczułem ową mistyczną świąteczną atmosferę. Patrzyłem jak urzeczony na uśmiechniętych ludzi, życzliwych sprzedawców, wspólnie narzekających na deszcz, na mróz. Ktoś poczęstował gorącą herbatą, ktoś inny podsunął drugiej osobie jabłko.
Sam nie wiem co mi się wtedy stało.
Chcąc zachować ten nastrój wszedłem do jedynego wielkiego namiotu. Można to było kupić wspomniane wcześniej rarytasy, grzane wino, ciepłe piwo z miodem, egzotyczne przyprawy czy staropolską wędzoną kiełbasę.
Ja skusiłem się na grzane piwo. Usiadłem sobie na ławeczce, a pomiędzy łykami obserwowałem przechadzających ludzi.
Chciałem zrobić ukradkiem kilka zdjęć by móc je później tutaj wkleić. Niestety – magia magią, ale pewnych praw przezwyciężyć się nie da. Wciąż jeszcze nie opanowałem wiedzy tajemnej – ładując aparat/telefon nie wystarczy podłączenie owego cudu techniki do ładowarki. Trzeba ją jeszcze włożyć do gniazdka. Słowem: aparat po obudzeniu złośliwie mrugnął czerwonym oczkiem znacznika baterii, po czym ponownie zapadł w sen.
Trudno – pomyślałem.
Nieśpiesznie dopiłem piwo, okrążyłem jeszcze rynek i udałem się na tramwaj.

A następnego dnia ze znalezieniem prezentów nie miałem już żadnego problemu.
01:36, venomik
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 22 grudnia 2008
Przedświątecznie
Najbliższe dni prawdopodobnie moje życie (i tego bloga) zdominują sprawy świąteczne. Ale, przy całym moim podejściu do świat, w tym roku jest jakoś lżej. Nawet zabawniej.
A czasami bardzo dziwnie.

Przykładowo dziś – dzień pierwszy gotowania. Na pierwszy ogień dwa bigosy:
numer 1: bigos klasyczny na winie
numer 2: Bigos Wegetariański

O ile komponowanie pierwszej potrawy nie przyniosło niespodzianek, o tyle składniki drugiej są mocno zaskakujące.
Bigos Wegetariański ma dwie kluczowe cechy:
- nie ma żadnego wspólnego składniku ze zwykłym bigosem. ŻADNEGO. Łącznie z kapustą.
- jednym z głównych składników Bigosu Wegetariańskiego są smażone kuleczki z mięsa mielonego.

Swoje doświadczenie w kuchni mam, ale sztuka gotowania jeszcze nie przestała mnie zaskakiwać.
(za to ‘ukulanie’ blisko setki małych, mięsnych kuleczek było całkiem przyjemne)

Druga historia, nieco mniej sympatyczna, odbyła się wieczorem. Zostałem wysłany do sklepu, zupełnie wbrew mojej woli, która nie znosi przedświątecznych tłumów.
Miałem kupić, między innymi, suszone śliwki. Dwa rodzaje – ciemne oraz jasne. Ciemny zdobyłem bez problemu, z jasnym miałem problem. W pierwszym sklepie: brak. W drugim: brak. W trzecim: brak.
Zdesperowany dzwonię, mówię mamie, że nie ma takich śliwek, mogę za to suszone morele kupić.
- Ale jakie morele... przecież to będzie okropnie smakować. Spróbuj jeszcze gdzieś znaleźć.
Westchnąłem wychodząc ze sklepu. Po chwili zawibrowało mi w kieszeni.
- Wiesz, tata mówi, że te jasne śliwki, których zawsze używaliśmy, to właśnie suszone morele były.
20:42, venomik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 grudnia 2008
Poranek
Idealne scenariusz na sobotni poranek?
Dyskusja dwóch sąsiadów na temat: „Który z nas jest głośniejszy?”. Ja walczę muzyką, on – wiertarką. Podstępna metoda, bo ja głośniki mam na biurku, a on wwierca się od spodu w mój sufit.
Chyba czas się poddać i iść na zakupy.
13:51, venomik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 grudnia 2008
Przyjaciele...
... najwidoczniej: urojeni ;)


21:35, venomik
Link Komentarze (1) »
czwartek, 18 grudnia 2008
Historia mordercy
Dziś skusiłem się na wieczór filmowy. Ściślej: ‘The Chopper’. Film już ponad 8-letni, opowiada prawdziwą historię najsłynniejszego seryjnego mordercy Australii. Porywał, torturował (choćby obcinając stopy wciąż żywym i przytomnym ludziom) i zabijał swoje ofiary, by później, będąc już w więzieniu, spisać książkę ukazującą kulisy swoich zbrodni. A ta momentalnie stała się bestsellerem.
Po wyjściu z więzienia stał się już prawdziwą gwiazdą. Kapitalny materiał na film, kapitalny materiał na wszelkie etyczne rozważania. I Eric Bana w głównej roli.
Przez wiele lat moim marzeniem była kariera pisarza. Ale nie bójcie się, nie będę szukać wzorców ani natchnienia w tym filmie. Ale nad kupnem jego książki z pewnością się zastanowię.
Taką okładkę warto mieć na swojej półce.



Nawiasem mówiąc przetłumaczenie "From the inside" na "zza więziennych murów" jest dla mnie tragiczne. Chwyt ten, wraz z widoczną wyżej okładką, miał, jak rozumiem, zapewnić popularność tej pozycji. I prawdopodobnie odcisnął swoje piętno na sporej popularności tej książki w Polsce (a o to przecież ponoć chodzi), ale owa dwuznaczność w oryginale bardziej mnie urzeka.
23:59, venomik
Link Komentarze (2) »
Niespodzianki w KFC
Z Panną P. w KFC. Stoimy przy dwóch sąsiednich kasach.

Panna P.: Poproszę zestaw qurrito.
Dostała:
- qurrito
- frytki
- kubek do napoju
- słomkę
- ketchup x2

Ja: Poproszę zestaw qurrito.
Dostałem:
- qurrito
- frytki
- kubek do napoju
- słomkę
- notes z magnesem

Nie wiedziałem, że w KFC jest taka zależność: albo dwie porcje ketchupu, albo notes. Koniec końców ta strona barykady bardziej mi przypadła do gustu; dzięki temu moja lodówka wygląda tak:



I notes jest o wiele lepszym nosem dla lodówki niż poprzedni wynalazek.
Przy okazji: maszyna do napojów w KFC (wybrałem 7up) stroiła dziś fochy. Nalała mi 1/5 kubka, kaszlnęła dwa razy, wylewając mi 7up na nadgarstek i odmówiła dalszej współpracy. Musiałeś wypić zawartość kubka, oblizać dłoń i przeskoczyć na pepsi.
21:53, venomik
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3