Okulary przeciwsłoneczne




Lubię czytać
Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Fotoprzepisy | Mój codziennik
RSS
wtorek, 23 listopada 2010
Początki tańca
Kiedy pod koniec stycznia szedłem (niepewnym) krokiem na pierwszy kurs tańca zastanawiały mnie dwie kwestie.
Po pierwsze – na jaką partnerkę trafię. I co byłoby gorsze – fatalna partnerka (z którą bym się męczył) czy uzdolniona (czyli męcząca się ze mną). Ostatecznie kwestia pozostała niesprawdzona. Dziwnie szybko straciła na aktualności.
Drugą kwestią był mój zapał. Wiem z doświadczenia, że wielokrotnie to, co sprawiało przyjemność na początku nudziło się dość szybko. Zastanawiałem się ile wytrwam przy tańcu towarzyskim. Nie stopniowałem sobie celów ani też nie ustalałem wyimaginowanego minimum (‘dziś ten parkiet wygląda mniej przerażająco niż miesiąc temu!’ :) ). Właściwie prawdziwe myśli (o równie prawdziwych celach) raczej starałem się odpychać daleko od siebie.
Dziś, ledwie po kilku miesiącach tańca wszystko się powywracało. Przeżyłem kilka etapów. Od wybierania jednej z ostatnich wolnych partnerek (w końcu lepiej tańczyć nawet ze mną, niż siedzieć), przez wrażenie, że kolejne partnerki tańczą gorzej ode mnie, przez pierwsze wyróżnienie i zatańczenie w ramach pokazu na środku… (ledwie cztery tygodnie po pierwszych zajęciach). Później poszło jak burza.
A dziś… o tym może w innym czasie.
Dziś w prezencie piosenka do quickstepa (quickstep ma, wraz z sambą, najfajniejsze piosenki):



04:20, venomik
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 01 listopada 2010
Powrót
Zdecydowanie nie rozpieszczałem w ostatnim czasie bloga nowymi notkami. Brak czasu, brak nastroju – a ostatnio także brak internetu. Obiecuję poprawę (choć za efekty nie ręczę :) ).
Jakby nie patrzeć – już listopad się rozpoczyna, a ja nawet jeszcze nie opowiedziałem co się działo podczas naszego obozu tanecznego.
Zaraz nadrobimy.
Ale najpierw dłuższa dygresja na temat naszego instruktora tańca, bo dość charakterystyczna z niego persona. Ma swoje ulubione historie, ulubione gesty i ulubione powiedzenia. Jak podczas walca: ‘On w nią, ona w niego. On w nią, ona w niego…’ – i tak w kółko. Albo: ‘Wkładam, wyjmuję, wkładam, wyjmuję…’. Na pierwszych stopniach dodawał czasami ‘zawsze jest tak, że aby wyjąć trzeba wcześniej włożyć. Wiecie gdzie jeszcze taka zasada istnieje, prawda?’. I kiedy wszyscy już pomyśleli co powinni (ach, zboczuchy!) wyjaśniał, że chodzi oczywiście o pieniądze w banku.
Rzecz jasna nikt o pieniądzach nie myślał. Bo jedno trzeba dodać – z instruktorem jest trochę tak jak w pewnym dowcipie:
Na lekcji katechezy siostra zakonna pyta dzieci:
- Powiedzcie mi proszę co to jest: małe, zwinne, z rudym ogonem i lubi skakać z drzewa na drzewo
Zgłasza się Jasiu.
- Patrząc na opis to wiewiórka, ale znając siostrę to pewnie Pan Jezus
(tylko tematyka oczywiście inna)
Jeśli nasz instruktor żartuje, to z góry trzeba zakładać podtekst erotyczny. Nawet jak go nie widać na pierwszy rzut oka. Bo nie da się ukryć, że w wieku 50 lat pozostały mu dwie wielkie pasje (co się chwali, to średnio o dwie więcej niż w przypadku przeciętnego 50-latka). Taniec i kobiety. Z żadnej nigdy nie zrezygnuje i nie da się ocenić która go ostatecznie wykończy. Obie są mu potrzebne jak woda rybie.
Czasami niepotrzebnie je łączy ze sobą (za komentarze czy zachowanie zniechęca do siebie część dziewczyn na kursach tańca) a czasami odwrotnie – nie umie ich ze sobą połączyć. Jak na obozie– gdzie czasami przedkładał imprezę i podryw (skuteczny!) nad prowadzenie wieczornych kursów. 
I tu przechodzimy do obozu tanecznego i największej jego wady.
ZA MAŁO TAŃCA!
Obiecano nam 40 godzin tańca w 6 dni. Zostaliśmy dzień dłużej i zakończyło się ledwie na 30 godzinach. Liczyłem na więcej.
Oddając sprawiedliwość – nie wszystko było winą instruktora. Równolegle z nami w naszym ośrodku był także obóz sportowy i dwie godziny dziennie rezerwował sobie salę by pograć w tenisa stołowego. Dwukrotnie wieczorem też robili sobie imprezy (w starym, szkolnym stylu – trzy dziewczyny na środku tańczą, 10 chłopaków podpiera ściany i się nabija – wróciły wspomnienia z mojej podstawówki :) ).
Sam obóz sportowym był tylko w teorii. Owszem, grali w piłkę nożną, kosza, biegali… ale w piłkę głównie na konsoli, w kosza na laptopach, a biegali za karę. Niemniej rezerwację mieli.
Plusów było na szczęście dużo więcej – ciekawi ludzie, przyjemne miejsce, doskonała kuchnia. Także pogoda nam sprzyjała. A i z czasem intensywność kursów stała się naprawdę wysoka – niektóre ogniwa się rozleniwiły, inne doznały kontuzji, część nie wytrzymała kondycyjnie. Na ostatnie 2 dni zostało z 5 najbardziej wytrwałych osób – a wtedy godzina treningu odpowiadała przynajmniej 3 godzinom treningu w Poznaniu. Najprzyjemniejsze chwile z całego wyjazdu. Szkoda, że nie może być tak zawsze.
A co poza tańcem? Cóż, dość ruchliwie. W wolnych chwilach nałogowo grałem w tenisa stołowego, ogrywałem dwie nastolatki w badmintona, pływałem w morzu… czasami wychodziliśmy potańczyć na imprezę albo napić się w pubie piwa irlandzkiego i to by było na tyle.
Mimo tygodnia nad Bałtykiem nie uświadczyłem tradycyjnej (i wkurzającej!) nadmorskiej nudy i specyficznego rozleniwienia wszystkich i wszystkiego. W ogóle morze w moich wspomnieniach z obozu to jakiś mglisty obraz, jakiś odległy detal (to plus oczywiście, bo nie przepadam za nadmorskimi wyjazdami). Dość powiedzieć, że kupiłem w Mrzeżynie tylko trzy pamiątki – i wszystkie trzy napisał ten sam pisarz ;) Dwie z nich były nawet bardzo fajne. Czytając nie mogłem się oderwać.

Tyle na dziś. W najbliższej przyszłości z pewnością pojawi się tutaj kilka notek związanych z tańcem (to mogę obiecać, bo już teraz istnieją w mojej głowie). Póki co muszę szykować się spać. Za 7 godzin pobudka i długi, długi dzień przede mną…
01:01, venomik
Link Komentarze (1) »