Okulary przeciwsłoneczne




Lubię czytać
Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Fotoprzepisy | Mój codziennik
RSS
niedziela, 28 lutego 2010
Kurs tańca
Najpierw uczymy się kroków. Oddzielnie - panie po jednej stronie sali, panowie naprzeciw. Później dochodzi do tego muzyka. Dopiero wtedy możemy zatańczyć w parach: Panowie wybierają Panie. A po kilku minutach przychodzi czas na zmianę partnerki.

- Witam
- Cześć Rysiu
Przełknąłem ślinę
- Pamiętasz moje imię - zdziwiłem się
- Tańczyliśmy tydzień temu
- Wiem, pamiętam - skłamałem bezczelnie.
Miałem nadzieję, że na tym rozmowa się zakończy.
Nic z tego.
- Ty moje imię zapomniałeś?
Skończyła się na fochu.
03:03, venomik
Link Komentarze (4) »
niedziela, 21 lutego 2010
Noc
Minęła już czwarta w nocy. Bałem się spoglądać na zegarek – by nie dowiedzieć się przypadkiem jak dawno. Kolejne strony ‘Kongresu futurologicznego’ czytało mi się coraz ciężej, coraz wolniej… ale wciąż nie byłem w stanie odłożyć książki. „Będziemy po Ciebie o 9.30” – to zdanie siostry krążyło mi w głowie od kilku godzin. Początkowo jako ostrzeżenie (Ryś, idź już spać!) a później już jako pełnoprawna groźba. Powinienem wstać najpóźniej koło 8.30. Mało, malutko snu, przecież jestem śpiochem! 
Zapobiegawczo budzik nastawiłem na kwadrans wcześniej, dając sobie trochę czasu na przeklinanie własnej nocnej głupoty. I na jakotaki powrót do rzeczywistości…
Ale było jeszcze gorzej niż się spodziewałem… o 8.20 zwlekłem się z łóżka, chyba nawet nie otwierając oczu. Szybki prysznic, jeszcze szybsze ubranie się. I do śniadania. Gdy pałaszowałem jajecznicę zerknąłem na zegarek. Mijała właśnie 9 rano. Miałem jeszcze 30 minut na spakowanie kilku drobiazgów na weekend. Tak przynajmniej myślałem do czasu aż odezwał się telefon.
‘Będziemy po 10’. Siostra. Mimowolnie jęknąłem. Mógłbym dopiero wstawać z łóżka…
No trudno. Co się stało, nie mogło się odstać. Dokończyłem śniadanie, spakowałem się, ogarnąłem trochę pokój. Dobijała dziesiąta… położyłem się na chwilę, pilnując żeby nie usnąć.
Z odrętwienia wydobył mnie telefon. Siostra. ‘Ryś, bo ja nie wiem czy dziś wracać do domu czy nie wracać’.
Ehh… da mi znać za kilka minut. Dała za 30 – wyjeżdżali właśnie po mnie.
Jak przyjechali była już 11.30. ‘Jeśli usnąłem koło 4.30 to wstając o 10.30 miałbym sześć godzin snu za sobą’ wyliczyłem błyskotliwie. Cholera, byłbym całkiem wyspany.

- Ja sobie, mamuś, kupiłam książkę. ‘Zmierzch’. Taka trochę dla nastolatek, o miłości dziewczyny i wampira
- …
- Ale jest całkiem fajna! Połowa osób w pracy u mnie to czyta. Bo to nie jest taki typowy wampir, cały czas się go żałuje, że nie jest zwykłym chłopakiem…
- No, a później Iwonka sobie płacze – włączył się jej chłopak, Krzyś. 
- Bo to jest wzruszająca książka! Momentami śmieszna, ale czasami tak smutno się jakoś robi…
- Potem się Iwonka do mnie przytula, a ja nie rozumiem co się dzieje
:)

O 21 ległem do łóżka. Oszukiwałem sam siebie, że nie usnę. Wcale bo nie!
Pięć minut później prawie spałem.
- Ryyyysiuuu
- #@^*%^&%#@*&#
- Ryyyysiuuu…
- Tak?
- Bo mi tu inaczej wygląda
- Co?
- Inaczej mi tutaj wygląda!
- Ale co inaczej wygląda?
- Poczta
- Poczta Ci inaczej wygląda?
- No, jakoś inaczej.
Miałem ochotę to zignorować, ale trochę się bałem, że nie wylogowałem się ze swojej poczty i stąd różnica w wyglądzie. Zwlekłem się z łóżka i poszedłem do komputera.
- Mamuś… to już jakiś czas temu zmienili trochę wygląd
- Ale ja nie mogę się połapać!
- Przecież zmienili tylko trochę kolory i wygładzili kształty. Wszystko jest na swoim miejscu.
- Ale i tak nie mogę się połapać.
- Przyzwyczaisz się – wzruszyłem ramionami. Zdaje się, że już w połowie drogi do łóżka.
Chwilę później zamknąłem oczy.

- Ryyysiuuuu…
Tym razem siostra. Tym razem jednak udałem, że nie słyszę. W napięciu czekałem kilka chwil. Cisza… Uff, można iść spać.
- Ryyysiuuu… 
- …
- Ryyysiuuu…
- Co?
- Robimy prezentacje!
Zakląłem pod nosem. Ale cóż było zrobić, siostra prosi – brat wstaje.
Podszedłem do komputera, zerknąłem krótko na pootwierane pliki. Zadzwonił telefon – to do siostry ktoś. Fajnie, pomyślałem i poszedłem zrobić sobie kawę. Nie cierpię kawy, ma paskudny smak, którego niemal nie a się pić. Owo paskudne ‘niemal’ powinno mnie postawić na nogi.
Po chwili z gorącą kawą, krzywiąc się od samego zapachu, usiadłem przed komputerem.
Przejrzałem analizę SWOT i rozbudziłem się kilkoma łykami.
Przeszedłem do niezbędnych certyfikatów i biurokracji. Gulp, gulp… znów odrobinę płynnego rozbudzenia.
Przejrzałem resztę slajdów, a kawa zaczynała powoli się kończyć. Rozbudziłem się na dobre. A siostra wciąż gadała…
Zaczynałem się nudzić (a siostra gadała…)
Olałem prezentacje i uruchomiłem internet (a siostra gadała…)
Zaczynałem się irytować (a siostra gadała…)
Ile można siedzieć ze słuchawką?!
Minęły kolejne minuty…
No, wreszcie skończyła.
- Hej brat, już jestem.
Na słowo ‘już’ spojrzałem na nią spode łba, ale nie zauważyła.
- Oj, już tak późno?! Rozmawiałem ponad godzinę
- Blisko półtorej – sprostowałem
- Wiesz co, darujmy sobie na dziś. Jutro się za to weźmiemy porządnie. 
Powiedzcie mi szczerze, co mogłem zrobić? Bić, kopać, krzyczeć i gryźć? Skłamałbym mówiąc, że nie miałem na to ochoty ;)
Ostatecznie wzruszyłem ramionami. Odstawiłem resztkę kawy – i tak za kilkanaście minut znów zachce mi się spać i się położę.
Jak się okazało -miałem połowiczną rację. Minęło 20 minut, oczy powoli zaczynały mi się kleić, ale jeszcze tylko jedna strona, jeden post przeczytany na forum, jeden link otworzony i przyjdzie czas by się położyć. Tak myślałem przynajmniej. Zamiast niego przyszła siostra.
- Ryś… może jednak zróbmy coś teraz?

Oj ma siostra szczęście, że nie lubię przeklinać ani nie jestem gwałtowny :)

A najśmieszniejsze jest w tym to, że jest dokładnie 2.47 w nocy a ja nie śpię. Skończyliśmy robić prezentacje ponad 3 godziny temu i wciąż cholera nie śpię. Nie chce mi się zupełnie. Nalałem sobie lampkę wina, otworzyłem Worda i siadłem do pisania (zaraz będzie blisko pięć i pół tysiąca znaków).
Ten los złośliwy, ten mój organizm nielogiczny… jutro (dziś!) pobudka wczesna, koło południa powrót do Poznania i kilka godzin kończenia prezentacji. Powinienem być wypoczęty i pełen umysłowej energii. Mhm, już to widzę :|

11:05, venomik
Link Komentarze (1) »
sobota, 20 lutego 2010
Kongres futurologiczny
Dobija trzecia w nocy. Właśnie skończyłem połowę „Kongresu Futurologicznego” Stanisława Lema. Jeszcze świeżutkie, kupione ledwie kilka godzin temu. Oj czuję, że za drugą połowę zaraz się zabiorę i jutro będę nieprzytomny (niestety muszę wstać wcześnie rano).
Książkę kupiłem dziś po drodze do pubu na spotkanie ze znajomymi. Dwóch facetów, trzy kobiety. My rozmawialiśmy o sporcie, one plotkowały na potęgę (kto kogo zdradza, kto z kim się żeni, a ona to taka i owaka…). Standard, ale było fajnie. Mimo to nie mogłem się doczekać powrotu do mieszkania i otworzenia książki. No, w praktyce zrobiłem to już czekając na tramwaj na przystanku, ale wiecie – wszędzie dobrze, ale w łóżku najlepiej.

Przypomniała mi się mała historia. Byłem niedawno w empiku i sprawdziłem czy mają coś Lema. Nie było w literaturze polskiej, nie było w fantasy. Dla pewności spytałem w punkcie obsługi klienta:
- Przepraszam, nie ma tutaj żadnej książki Lema?
- Jak to nie ma? – oburzyła się pracownica – przed chwilą sam pan tam był.
Po czym zabrała mnie ze sobą do działu literatury polskiej i promieniując dumą podała mi książkę Lema. Tomasza Lema.
(i co się dziwić, że nikt nie czyta? Popyt rodzi podaż, ale i podaż rodzi popyt)

Jeszcze króciutki fragment Cyberiady (pamiętacie Trurla i Klapaucjusza?) o maszynie piszącej wiersze:
„- Niech ułoży wiersz o cyberotyce! - rzekł nagle, rozjaśniony. - Żeby tam było
najwyżej sześć linijek, a w nich o miłości i o zdradzie, o muzyce, o Murzynach, o wyższych
sferach, o nieszczęściu, o kazirodztwie, do rymu i żeby wszystkie słowa były tylko na literę
C!!
- A całego wykładu ogólnej teorii nieskończonych automatów nie ma tam czasem
być? - wrzasnął rozwścieczony do żywego Trurl. - Nie można stawiać tak kretyńskich
warun...
Ale nie dokończył, ponieważ słodki baryton, wypełniając całą halę, odezwał się
właśnie:
Cyprian cyberotoman, cynik, ceniąc czule
Czarnej córy cesarskiej cud ciemnego ciała,
Ciągle cytrą czarował. Czerwieniała cała,
Cicha, co dzień czekała, cierpiała, czuwała...
...Cyprian ciotkę całuje, cisnąwszy czarnulę!!”

Albo sięgając do klasyki (już z kongresu futurologicznego)
„Cóż za robot piękny i młody,
I cóż to za robotnicza
Ona mu z dzbana daje pentody
A on jej – wtyczki z koszyczka”
:)

02:44, venomik
Link Komentarze (1) »
Klub akwarystów
Piosenka kabaretowa. Miłego słuchania:

01:52, venomik
Link Dodaj komentarz »
W tramwaju
- Odwieźć Cię? – spytała siostra, kiedy zbierałem się do wyjścia.
- Nie dzięki, wrócę tramwajem.
- To może chociaż dam Ci kasę na bilet?
Chwilowo znów nie doładowałem sieciówki. I nie miałem żadnych pieniędzy przy sobie.
- Nie ma potrzeby, teraz już nie będzie kontroli... Była niedziela, godzina 21 wieczorem. Kontrolerzy powinni siedzieć w domach przed telewizorem, przytulając swoje żony.
- Jak tam chcesz.

Do przejechania miałem niemal całe miasto. Było późno, zimno. Wsiadłem w pierwszy tramwaj, nie czekając na ten bezpośredni. Przejechałem się pięć minut, wysiadłem. Sprawdziłem na sąsiednim przystanku o której odjeżdża odpowiadający mi tramwaj. Za późno. Wróciłem na poprzedni przystanek poczekać. Ale wtedy przyjechał jeszcze inny tramwaj, którym mogłem część trasy przebyć… co tam, pomyślałem, wsiadam.
Przemknęła mi wtedy przez głowę krótka myśl: może wsiadając narażam się na kontrolę? Albo wręcz przeciwnie, kontrola byłaby w moim tramwaju, a ja wsiadając do tego nieświadomie i szczęśliwie jej uciekam.
Kto wie?
Lubię myśleć o tym jak przypadkowe drobiazgi wpływają na nasze życie, ale…
- Dzień dobry, proszę uszykować bilety do kontroli
… niekoniecznie chcę je sprawdzać na własnej skórze!
Podeszła do mnie kobieta, machnęła legitymacją.
- Poproszę bilet
Uśmiechnąłem się przepraszająco.
- Nie mam. Zapomniałem portfela (to akurat była prawda) i nie mam sieciówki przy sobie (właściwie teżteż nie skłamałem – pominąłem tylko część, że sieciówka już straciła ważność)
- Dokumenty pan ma?
- Nie mam…
- Na pewno?
Poklepałem się po kieszeniach. Wyjąłem tylko telefon i kostkę rubika.
W tym momencie kobieta stanęła wprost moim krzesełku, zastawiając mi drogę. Mimo niemiłej sytuacji jakoś mnie to rozbawiło.
- Proszę się nie bać, nie mam zamiaru uciekać.
Spojrzała na mnie dziwnie, ale nie skomentowała.
- Dużo ludzi złapanych bez biletu tłumaczy się brakiem portfela i dokumentów?
- Sporo. Zaraz wysiądziemy i wezwiemy policję.
Przełknąłem ślinę. Tego mi jeszcze brakowało o tej godzinie. Mandat za jazdę bez biletu i przymusowa pogadanka z policją by ustalić moją tożsamość.
- A portfel to gdzie pan zostawił?
- U siostry. Pomagałem jej dziś kilka godzin w obowiązkach do pracy i wychodząc już półprzytomny z tego byłem i zapomniałem zabrać.
- Widzi pan, życzliwość nie popłaca.
Zakląłem w myślach.
- Chwilę wcześniej jak się pani uśmiechnęła to miałem nadzieję, że wszystko ujdzie mi płazem, ale teraz już straciłem resztki nadziei…
Cóż, próbowałem być czarujący :)
Nie śmiejcie się ze mnie. Po pierwsze – nieudolność tłumaczę brakiem doświadczenia. Po drugie…
Wysiedliśmy.
- Proszę pana. Nie będę dziś wzywała policji ani wystawiała mandatu. Postoimy tutaj przez chwilę nim tramwaj odjedzie, żeby nikt nie widział że puszczam pana wolno. Ale następnym razem proszę nie zapominać portfela. Albo przynajmniej mieć jakiś dokument przy sobie.
Podziękowałem szczerze, pogawędziliśmy przez chwilę, a jak tramwaj rozjechał – rozeszliśmy się w swoje strony. To znaczy ona przeszła na sąsiedni przystanek, ja zostałem. Poczekałem na następny tramwaj. Tym razem już pewien braku kontroli.
01:05, venomik
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 lutego 2010
Żyję
Żyję.
Wiem, że ostatnio blog zamarł, dlatego rozwiewam wszelkie niepokoje. Żyję. Ba! Nawet mam się całkiem dobrze, humor i uśmiech z pewnością mi dopisują. Tylko czasu by się tym pochwalić brak.
Próbowałem z tym brakiem czasu walczyć. W odstawkę poszedł blog, książki, filmy, porzuciłem nawet Mafia Wars na facebooku. Nic nie pomaga – nawet najbliższym znajomym nie jestem w stanie poświęcić tyle czasu, ile bym chciał. Niedobrze. Sami widzicie, że notkę spisuję w środku nocy.
Cóż mi tyle czasu zajmuje. Przede wszystkim dwie rzeczy, o których tutaj wspominać nie będę. Może przyjdzie czas. Oby.
Dwa wieczory tygodniowo mam zarezerwowane na kurs tańca towarzyskiego. Jedno popołudnie na rzecz Akademii Przyszłości. W domyśle jest siłownia, ale to nie tylko ode mnie zależy. I pomagam siostrze z jej projektem do pracy (wiem teraz więcej na temat rosyjskiego rynku wafli ryżowych niż kiedykolwiek marzyłem)
A propos Akademii Przyszłości. Moja podopieczna to mała bestia. Uczyłem ją tabliczki mnożenia wykorzystując grę memory (tę co się łączy w pary), którą sami przyrządziliśmy chwilę wcześniej. Coś szybko szło jej zbieranie par, ale nie zwracałem na to uwagi. Przynajmniej do czasu, kiedy na stole pozostało nam już tylko sześć prostokątów… wśród których nie było ani jednej pary :)
Mała bestia nie przewidziała tego :) 
Ale co tam, pogratulowałem jej wygranej, uznałem, że coś musieliśmy pomylić przy wycinaniu. Zaproponowałem nawet, że poprawię w przyszłości… nic z tego, zabrała mi grę mówiąc, że sama to zrobi w domu. Zaciera ślady, spryciula :)

02:56, venomik
Link Dodaj komentarz »