Okulary przeciwsłoneczne




Lubię czytać
Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Fotoprzepisy | Mój codziennik
RSS
piątek, 27 lutego 2009
Poradnik inwestora
Ze skrzynki: 
 
Jeśli w ubiegłym roku: 
- kupiłeś na giełdzie za $1000.00 akcje AIG to dzisiaj masz $42.00
- kupiłeś na giełdzie za $1000.00 akcje banku Lehman to dzisiaj masz $6.60
- kupiłeś na giełdzie za $1000.00 akcje firmy Fannie & Freddie dzisiaj masz mniej niż $5,00
- kupiłeś piwo za $1000.00 i wszystko wypiłeś i zwróciłeś puste butelki to dzisiaj masz $214

00:22, venomik
Link Komentarze (4) »
czwartek, 26 lutego 2009
Wielka Warcząca
Znalezione w sieci:
"Meble z Ikei działają na (niektórych) mężczyzn jak płachta na byka: jak to możliwe, żeby poskładanie nowych, wcale nie takich znów małych, nabytków, nie wymagało użycia ŻADNEGO Bardzo Potężnego i Głośno Warczącego Narzędzia?!!"

Coś w tym jest.
Kilka miesięcy temu razem z tatą mieliśmy do skręcenia komplet mebli z Ikei. Ja chwyciłem mały kluczyk, dołączony do zestawu. Tatko spojrzał na mnie z politowaniem, wzniósł oczy ku niebu i wyszedł. Wrócił po pięciu minutach z Wielką Warczącą Wkrętarką i równie wielkim uśmiechem na twarzy.
Tak zaczęła się zabawa. Każdą pojedynczą śrubę wkręconą przeze mnie tatko ‘dokręcał’. Nie przeszkadzało mu to, że nie ruszała się nawet o milimetr, a ja dzielnie udawałem, że tego nie widzę. Ale gdy dotarło do mnie w jak ślimaczym tempie szła nam praca – trzeba było coś zrobić.
Znalazłem więc kompromis (a nawet win-win solution). Ja wkładałem śrubę do otworu i wkręcałem na tyle, by była stabilna. Tatko chodził z Wielką Warczącą Wkrętarką i robił ‘Wrrrrrrr’. 
I obaj byliśmy zadowoleni. Piękny przykład współpracy ojca z synem.

Gdybym miał 10 lat mniej byłby to naprawdę wzruszający widok.
12:25, venomik
Link Dodaj komentarz »
Z misją na prywatnej uczelni
Bywa tak, że studenckie zmagania z sesją nie kończą się wcale na własnej sesji. Znajomy (bo nawet ciężko nazwać kolegą) spytał, czy nie zdecydowałbym się podejść za niego do egzaminu poprawkowego ze statystyki ekonomicznej (na prywatnej uczelni). Zgodziłem się dość łatwo. Mógłbym wskazać przynajmniej trzy tego powody, ale w tym momencie preferuję milczenie.
Wspomnieć mogę o ciekawości. Kto w ostatnich latach spędził ze mną więcej czasu – ten zrozumie w czym rzecz. Tak, wiem – to pierwszy stopień do piekła. Ale w czasach gdy nie cudzołożę (chwilowo, oby), nie zabijam ani niczyjej żony nie pożądam czymś to muszę nadrabiać. Jeśli po śmierci okaże się, że niebo i piekło istnieją – wolałbym się znaleźć tam, gdzie moi znajomi :)

Wracając do sedna - egzamin miał być o tyle łatwiejszy, że zdający mógł wnieść swoje notatki. Dlatego też w trakcie powtarzania materiału jednocześnie tworzyłem sobie opracowanie do wydrukowania na egzamin, z odpowiednią ilością teorii, wzorów i rozwiązanych przykładów. Umówiłem się ze znajomym, że w dzień egzaminu wydrukuję sobie to wszystko już na uczelni.
I cieszyłem się, że wszystko idzie gładko. Za szybko.
Zgodnie z regułami tego świata – gdy wszystko idzie zbyt dobrze, coś musi się popsuć – i to w najmniej oczekiwanym momencie.
Nie inaczej – na 20 minut przed przyjazdem znajomego... padł mi komputer. Wszelkie rozpaczliwe próby reanimacji na niewiele się zdały. I tak nagle zostałem odcięty od notatek.
Zdążyłem jedynie pożyczyć książkę do statystyki od współlokatora i czując, że jestem trochę zbyt bezczelny – tak właśnie wszedłem na salę.
Czułem się niezręcznie, gdy w trakcie egzaminu profesor stanął nade mną, a ja kartkowałem książkę, znalazłem rozwiązanie niemal takiego samego zadania i zacząłem je przepisywać, zmieniając tylko wartości liczbowe. 

A sam egzamin? Zadania łatwe, ściągać można było bez problemu, wymieniać się kartkami również. Egzamin z gatunku "Zdajcie wszyscy, żebym nie musiał się męczyć z drugą poprawką".

Owszem, był jeden trudny moment podczas egzaminu. Gdy na początku dałem się pochłonąć zadaniom i nie bardzo zwracałem uwagę na to, co się dzieje dookoła mnie – nagle egzaminator podsunął mi pod nos listę obecności. Wystarczyło wpisać imię i nazwisko, ale… jak ja się nazywam?!
-arski? –arczyk? –owski? Zimny dreszcz przeszedł mi po plecach.
Miałem to zanotowane na kartce w notatkach, ale nie mogłem przecież powiedzieć: ‘Proszę chwilkę poczekać, zapomniałem jak ja się dokładnie nazywam, już sprawdzam i wpisuję się na listę’. Na szczęście wybrałem odpowiednią końcówkę nazwiska.

Cały ten przydługi wstęp właściwie służył jednemu. By przytoczyć jedno zdanie.
W samym środku egzaminu, gdy hałas na całej sali, ściąganie, wymienianie się kartkami przybrały już karykaturalne rozmiary, egzaminator nie wytrzymał. Wstał i przemówił do nas groźnym tonem:
‘Proszę Państwa, ale to jednak jest egzamin, nie jarmark. Jak ja w takich warunkach mam wypisywać indeksy?’.
Popłakałem się ze śmiechu, zebrałem swoje notatki, oddałem pracę i wyszedłem z sali.

No, może nie tak od razu. Przez kilka minut czekałem, aż chłopak siedzący niedaleko mnie odda mi moją pracę.
 
 
/Piszę dopiero teraz, choć egzamin był już blisko tydzień temu. Wolałem nie ryzykować takiej notki przed otrzymaniem oficjalnych wyników. Znajomy zdał :)
11:51, venomik
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 23 lutego 2009
Polscy fachowcy
Miesiąc temu sąsiedzi spod nas zaczęli skarżyć się na plamę, która pojawiła się u nich na suficie. Właściciel naszego mieszkania obiecał się tym bardzo szybko zająć.
Mijały tygodnie, w końcu pojawili się dwaj fachowcy. Zdiagnozowali problem – za stary prysznic. Wymienili drzwi od kabiny, uszczelnienia przy brodziku. Całość zajęła im kilka godzin.
Po skończonej pracy zawołali mnie z pytaniem:
- Kto za to zapłaci?
- Myślałem, że panowie już opłaceni. To właściciel mieszkania pokrywa koszty.
- No to zadzwonimy…
Sięgnął po telefon
- Tak szefie, zrobione… 550 zł razem robocizna z kosztem drzwi, a nie policzyłem Panu za… tak… prześlę Panu numer konta… oczywiście. Do widzenia
Rozłączył się, zafrasował, podrapał po łysinie po czym zwrócił się do drugiego, milczącego fachowca.
- Heniu, daj z powrotem te narzędzia. Porządny facet, nie targował się, nie chciał paragonu za drzwi, dziś pieniądze ma nam przesłać. Daj tam, uszczelnię mu jeszcze tu na górze i wyrównam to wszystko.

Zapamiętajcie: nie targować się z fachowcami.
18:06, venomik
Link Komentarze (3) »
Ciekawy przypadek
Ciekawy przypadek wyprawy na film – czyli jak miło obejrzeć Benjamina Buttona.

Będąc samotnym samcem – posiadanie tak bliskich osób płci pięknej (chyba najbliższych mi) powoduje pewne problemy. Najczęściej drobiazgi, choć i one potrafią irytować.
- kup inne buty
- zmień fryzurę
- wypierz plecak i kurtkę
I to wciągu pierwszej godziny spotkania.
Przebierając się na oczach kobiety czuję się nieswojo. A czasami muszę zmagać się z zazdrością drugich połówek owych osób.

David Fincher. Reżyser. Twórca ‘Siedem’, ‘Podziemnego kręgu’, ‘Gry’. Odpowiedzialny za śmierć Ellen Ripley, bohaterki sagi o Obcym – debiutując na dużym ekranie ten twórca reklam i teledysków otrzymał szansę nakręcenia trzeciej części ogromnego wówczas hitu, zdecydował się nakręcić film zupełnie inny od dwóch poprzednich i ostatecznie zabić główną bohaterkę.

Połączmy te dwa wątki. Trzy lata temu po obejrzeniu filmu ‘Azyl’ (swoją drogą najsłabszego filmu Finchera) zdecydowałem, że na wszystkie filmy tego reżysera będę chodzić do kina. Byłem na filmie ‘Zodiac’ i stawiam go w czołówce najlepszych thrillerów wszechczasów.
Na ‘Ciekawy przypadek Benjamina Buttona’ czekałem od wielu miesięcy, oglądając kolejne zdjęcia i zwiastuny. Wzruszając ramionami na widok pojawiających się torrentów – czekałem na premierę kinową. I szukałem osoby, która ten film będzie dzielić ze mną.
Myślałem o tym, by zaprosić Kingę. Ale Panna P. ma rację. Zaprosić na kawę, bilard w gronie znajomych – ok., ale nie na ‘zbyt randkowe’ kino. Sama Panna P. się opierała ze względu na zazdrość chłopaka, Panna B. z tego samego powodu odmówiła, Julia wyjechała na dłużej z Poznania a Owca już wcześniej widziała ten film (i całe szczęście, bo zmieszała film z błotem). Samotny wypad do kina (pierwszy w życiu!) zostawiłem na czarną godzinę (czytaj: ostatnie seanse) a zaproszenie kogokolwiek płci męskiej mijało się z celem:
- Cześć ziom, wybierzemy się do kina? Mocny film, recenzent filmwebu napisał, że ‘Dlatego też "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" to obraz przede wszystkim dla tych, którzy szukają doznań zmysłowych. Ci właśnie najwięcej wyniosą z seansu i będą pod przemożnym wrażeniem piękna fincherowskiej wizji’
Wyobrażacie sobie coś takiego?!

Wszystko skończyło się znakomicie… może inaczej – w momencie, gdy powinno biec ku końcowi: było znakomicie. Ostatecznie udało mi się namówić Pannę P. na film. Początkowo planując konspiracje, ostatecznie z niej rezygnując – za to przyłączając do wyprawy kolejnego gościa. Kolejną kobietę.
Panna G. zwana potocznie ‘Młodą’ zajmuje dość specyficzne miejsce w moim życiu, można powiedzieć, że w mojej samoocenie. Każda myśl o niej przypomina mi, że znam się na ludziach dużo mniej, niż zawsze lubiłem uważać.
Spotkaliśmy się kilka razy. Po pierwszym spotkaniu byłem nią niemal zachwycony, podziwiając jej ambicję, wiarę w siebie i siłę. Po drugim – przerażony jej arogancją, bezczelnością i zwykłą głupotą.
Wcześniej imponowały mi jej ambitne, choć rozsądne plany. Kilka dni później słuchałem jak z przejęciem opowiada historię, gdy jakiś masochista z kamera internetową zaczepił ją na czacie i słuchał jej poleceń, gdy kazała mu choćby przypinać metalowe klamry w najczulszych miejscach. Jej szczerze uradowane oczy (zupełnie trzeźwe, niestety) podczas tych wspomnień dołowały mnie coraz bardziej.
I pomyśleć, że na początku rozważałem czy nie podać jej adresu do tego miejsca, tego bloga.

Ale dość dygresji. Młoda wybrała się z nami do kina, co mi zupełnie nie przeszkadzało (w kinie nie da się rozmawiać). Film, wbrew ostrzeżeniom Owcy, okazał się świetny. Historia wciągnęła mnie od pierwszej do ostatniej minuty, a sam Fincher udowodnił, że jest znakomitym gawędziarzem i nie potrzebuje mrocznej atmosfery i czarnego charakteru by niesamowicie  poprowadzić historię. I zauroczyć w pełni widza.

I ten dzień tak mógłby się skończyć (choć ledwie mijało wczesne popołudnie). A najlepiej – mógłby się potoczyć wedle planowanego scenariusza: po filmie tradycyjne już partie w Osadników z Catanu. W dwie osoby.
Niestety, najpierw wylądowaliśmy w trójkę u Młodej, później wszyscy przenieśliśmy się do mnie by wspólnie pograć. A później umówiliśmy się na bilard na 20.30.
Gdy wszyscy się zbierali, Młoda nagle stwierdziła, że zostanie u mnie, razem spędzimy najbliższe 2-3 godziny i gdy wybije godzina 20 wybierzemy się na bilard. Serce podskoczyło mi do gardła. Przełknąłem to, co pierwsze przyszło mi do gardła ‘Za co? Przecież byłem grzeczny’ i wymówiłem się zmyśloną wyprawą do siostry.
Kolejnych godzin z nią, na domiar złego sam na sam, już bym nie wytrzymał.

Ehh… chyba nie mam szczęścia do kobiet.
Niech będzie: zasłużyłem.
 
 Button

Tak właśnie wygląda Brad Pitt w pierwszej połowie filmu. Za kilka godzin będzie bił się o oskara za swoją rolę. Podobnie jak sam film w kategorii na najlepsze dzieło.
Ale nic z tego. Wygra Rourke z "Wrestlera" i słodka opowiastka "Slumdog. Milioner z ulicy" (chyba, że Akademia będzie miała dość odwagi by uhonorować Penna za rolę homoseksualisty).
01:30, venomik
Link Komentarze (4) »
piątek, 20 lutego 2009
Pośród wszelkich sposobów na studia „Maksimum zaliczeń, minimum wkuwania” wciąż najlepszymi sposobami są te najprostsze – kartka zwinięta w harmonijkę oraz ukradkowe rozmowy z sąsiadem. W szczególności zaś nie należy ufać technice. Mówię choćby o telefonie z zestawem głośnomówiącym.
Ja zaufałem dwukrotnie. Raz na moim pisemnym egzaminie z rosyjskiego, drugi raz trzy tygodnie temu – tym razem nie jako osoba pisząca, lecz podpowiadająca.
Pierwszy egzamin: jako jedyny dostałem dwie najniższe oceny (test był dwuczęściowy)
Drugi egzamin: nikt z piszących nie zaliczył.

Podsumowując: skończyło się najgorzej jak mogło.
Fatalny wynik z języka rosyjskiego jest do wyjaśnienia – podpowiadała mi siostra, która pół roku spędziła na Ukrainie, chłonąć dwa języki: ukraiński i rosyjski. O ile tłumaczenie słów mogła sprawdzić w słowniku – o tyle z gramatyką były pewne problemy. Oczywiście nie na tyle, żebym mógł nie zaliczyć… gdyby nie sposób oceniania prac. Lektorka przyjęła metodę punktów karnych za błędy. Jeśli student przetłumaczył dwa pierwsze wyrazy długiego zdania, a resztę zostawił pustą: otrzymywał sześć punktów karnych. Jeśli ja napisałem całe zdanie z kilkoma błędami – mogłem tych punktów karnych otrzymać i dwa razy więcej (wiem, bo na poprawce miałem możliwość obejrzenia kilku prac – w tym swojej).

A drugi egzamin? Panna P. poprosiła mnie o to. Jej grupa pisała egzamin ze statystyki matematycznej i była nim dość przerażona (jak się okazało – słusznie). Sama Panna P. z egzaminu była zwolniona (nie pytajcie dlaczego, bardzo, bardzo proszę :] ).
W zasadzie trochę pomogłem. Teoria została podana, zadanie rozwiązane… ale pozostałych nie mogłem zrozumieć. Dziwne dane, dziwne polecenia. Połowa ludzi opuściła salę w ciągu pierwszych kilkunastu minut – nie widząc szans na zaliczenie (choć pewnie najbardziej rozczarowany przebiegiem egzaminu byłem ja sam).

Było źle.
Jedynym pozytywem tamtych chwil byli poznani ludzie – naprawdę Panna P. trafiła do bardzo sympatycznej grupy. Sam najbardziej polubiłem jedną dziewczynę. Kingę.
Ba! Wieczorem tego dnia postanowiłem, że powalczę z moją wrodzoną nieśmiałością i zaproszę ją do kina. Okazja szczególna – o czym napiszę później.
W międzyczasie przyszły wyniki egzaminu (nikt nie zdał), dostałem od Panny P. numer do Kingi (pretekst oczywisty – pomoc przy poprawce). Ale też dowiedziałem się, że ma ona jedną wadę. Dyskwalifikującą, niestety.
Pozostaje mieć tylko nadzieję, że związek Kingi z panem Wadą nie okaże się zbyt długi, wcześniej jednak stawiając sobie za punkt honoru pomoc w zaliczeniu poprawki. Nie było łatwo – sam wyjechałem z Poznania na kilka dni, odciąłem się od wszelkich notatek. Odnowiłem więc kartę w lokalnej bibliotece pedagogicznej, wydrukowałem opracowania znalezione w bibliotece, nawet postanowiłem napisać maila do pani doktor, z którą kiedyś miałem zajęcia z pokrewnej dziedziny. Rodzicom powiedziałem o czekającym mnie egzaminie, zamykałem się w pokoju i brałem do pracy.
Wszystko dla rozwiązania kilku zadań, opatrując je także szerokimi komentarzami, zbliżonymi zadaniami, itp.

Zakończyło się szczęśliwie (piszę o poprawce, niczym więcej), Kinga dostała, zdaje się, najwyższą ocenę. Ucieszyło mnie to chyba nawet bardziej niż powinno.
Tak, zdaję sobie sprawę, że myśląc o czymkolwiek więcej złamałem kluczową regułę budowania relacji damsko-męskich. Nie wolno stać się tą osobą, do której kobieta zwraca się po prostu o pomoc.
Do strefy przyjaźni można się dostać niezwykle łatwo, wydostanie się jest czasami niemożliwe.
Wierzcie mi, ja sobie z tego doskonale zdaję sprawę.

17:17, venomik
Link Komentarze (5) »
sobota, 14 lutego 2009
Chora lektura
Kilkudniowy pobyt w rodzinnych stronach mocno łamał schemat: ‘kochani rodzice rozpieszczają biednego synka’. W tym czasie zdążyłem przeliczyć dziesiątki zadań, przerzucić kilkaset kilogramów węgla, dwukrotnie umyć samochód, gotować obiady, pobawić się w szofera, zrobić pranie, wiele razy zakupy i, na domiar złego, rozchorować się.
Choroba – ładnie zwana grypą żołądkową, objawy ma zdecydowanie mniej ładne i przyjemne – trzecią dobę dzwoni w moich jelitach.  Nie powiem gdzie mam tę chorobę (bo tam właśnie mnie boli), ale pewnych plusów odmówić jej nie mogę. Zamiast tłuc się pociągiem do Poznania zostałem odstawiony pod sam blok. Łatwiej przecież poprosić tatę o zboczenie do przydrożnego McDonald'sa niż przekonanie konduktora by pod niego podjechał.
Ale przy okazji zboczyłem także z tematu (właściwie w ogóle o niego nie zahaczyłem).
Spędzając nadmiar czasu w łóżku zerknąłem w stronę półki z książkami – mojej mamy. Mając do wyboru Rosyjskiego Kochanka, Miłośnicę, Tam gdzie spadają anioły oraz Poczekajkę – skusiłem się na tę ostatnią. Tytuł przynajmniej nie mówił od razu: będzie źle, raczej mówił: nie wiesz co będzie, zaryzykuj.
Zaryzykowałem więc.
I było źle. Bardzo źle. 
Na trzystu kartach powieści, mimo dużej czcionki, równie dużych odstępów między wierszami – autorka zdołała umieścić zaskakująco wiele bzdur. Był sabat czarownic, kochanek śniący się po nocach, krowa w płynie truskawkowym, dziadek-wróżbita wmawiający ludziom impotencje, żółw z chorą wątrobą i pies-panda mylony z niedźwiedziem. To (i wiele, wiele innych!) okraszone ogromnymi zbiegami okoliczności i spisane językiem dość brutalnie zmieniającym temat.
A najlepsze zachowane na koniec. Gdy już czytelnik zaczyna wierzyć w smutne zakończenie – przyjeżdża kochanek na białym koniu, porywa główną bohaterkę i razem odjeżdżają w siną dal, by żyć długo i szczęśliwie.
Ja nie żartuję! Naprawdę tak wyglądało!

Ktoś się jeszcze dziwi, że po przeczytaniu tego papierowego ‘cuda’ tyle czasu spędzam w ubikacji?
02:55, venomik
Link Komentarze (6) »
wtorek, 10 lutego 2009
Rodzinne pielesze
(miałem małe problemy z netem, ale mam nadzieję, że już wszystko w porządku) 
 
Wróciłem na kilka dni w rodzinne pielesze. A w domu, jak to z rodzicami, bywa całkiem ciekawie.

Oberwałem drewnianą łyżką – od taty.
Jeśli zastanawiacie się teraz, czy słusznie – to źle. Bardzo źle. Ja nigdy nie zasługuję i to jest pierwsza rzecz, jaką powinniście o mnie wiedzieć (obok innych, pierwszych rzeczy). 

- Tatko, popilnujesz mi filetu z kurczaka, ja idę pod prysznic. Smażę na teflonie bez tłuszczu, więc dolewaj czasami trochę wody.
- Dobra.
Wracam po 20 minutach. Kawałki kurczaka wciąż na patelni, ale zalane litrem wody. Obok stoi tatko z drewnianą łyżką.
- Tatko…
- Tak?
- Ale Ty tę kurę miałeś gotować, a nie uczyć pływać…
I wciąż mnie boli… :-/


Mama: Idę na pogaduszki. Idziesz ze mną?
Tatko: A dokąd idziesz?
Mama: Nie wiem jeszcze.
Tatko: To idę.
Mama: Po co?!
Tatko: To nie idę.
Mama: Dobrze.


Miało być tego trochę więcej, ale… :

(miałem jechać naprawić komputer do szkoły podstawowej, gdzie uczy moja mama)
Mama: Nie będziesz jechał jutro ze mną do szkoły.
Ryś: Dlaczego?
Mama: Bo jutro musze być wcześniej, kolo siódmej będę wyjeżdżać, po co masz wstawać przed szóstą?
Ryś: I pojadę w czwartek?
Mama: Tak

Godzinę później

Tata: Nie będziemy jechać po południu po węgiel.
Ryś: A kiedy?
Tata: Pojedziemy rano, będzie lepszy.
Ryś: Ok, o której to będzie?
Tata: Gdzieś koło szóstek musimy wyjechać, więc wstań wcześniej.

To są rodzicielskie rozbieżności w rozpieszczaniu syna :]

No, ale uciekam spać, bo pobudka już tuż tuż.
23:07, venomik
Link Komentarze (1) »
niedziela, 08 lutego 2009
Hello, I love you Won't you tell me your name?
Umieszczanie cytatu The Doors w opisie na gg może być ryzykowne.

Retrospekcja:
- Dam Ci mój numer gg, tak będzie najłatwiej
- Ok
Ryś sięga po długopis
 
2 godziny później:
GG:
Nieznajomy: Hej, tu Rafał. Ale ja nie w sprawie Twojego opisu. 
01:07, venomik
Link Komentarze (2) »
czwartek, 05 lutego 2009
Zielona herbata
Usuwa toksyny, zatrzymuje witaminy, uspokaja, relaksuje, wspomaga pracę mózgu, łagodzi kaca, neutralizuje nikotynę, reguluje trawienie. Jest w zasadzie dobra na wszystko. Ale czy dla wszystkich?
Sam pijam regularnie – bo lubię.
Warto jednak wiedzieć, że dla myszy może mieć ona działanie zabójcze. Wystarczy tak naprawdę niewiele, ot 1/3 kubka zielonej herbaty, by doprowadzić do tragedii.
Tak jak ja dzisiaj.
Wylałem wprost na mysz i ta momentalnie padła bez życia.
Musiałem przez kilka godzin korzystać z samej klawiatury. Na szczęście suszenie pojedynczych części pomogło i znów mogę korzystać z komputera jak człowiek.
02:11, venomik
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2