Okulary przeciwsłoneczne




Lubię czytać
Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Fotoprzepisy | Mój codziennik
RSS
czwartek, 29 stycznia 2009
Niezapowiedziana wizyta
Nie lubię niezapowiedzianych gości. Lubię mieć trochę czasu na oswojenie się z tą myślą, oswojenie pokoju i swojego wyglądu.
Dlatego przedwczorajsza wizyta Panny P. i jej chłopaka, którzy znienacka zaskoczyli mnie stojąc pod drzwiami wejściowymi, powinna mnie zirytować. Tym bardziej, że nadrzędny cel wizyty to nie ‘Hej, wpadliśmy zobaczyć co u Ciebie słychać’ ale ‘Hej, ten projekt, który wczoraj przez kilka godzin pomagałeś mi robić, wymaga uzupełnienia i modyfikacji’.
Na szczęście Panna P. zna mnie już wystarczająco dobrze. Nie użyła standardowych słów: Hej, wybacz, pomożesz, ale wolała: hej, mamy dla Ciebie Qurrito z KFC. I wtedy mogłem powtórzyć głośniej ‘Hej, wejdźcie’. Tym razem szczerze.
00:49, venomik
Link Komentarze (3) »
wtorek, 27 stycznia 2009
Zabiegany
Aneks do poprzedniej notki:

Jak wówczas biegałem, z wiadomych powodów, nad rzeką – nie byłem sam. Mimo deszczu, mrozu, błota i momentami lodu, na tej ścieżce nigdy nie było tak tłoczno. Nawet w najprzyjemniejsze letnie wieczory.
Nie przesadzam!
Czyli studenckie życie erotyczne w Poznaniu kwitnie :)
22:35, venomik
Link Komentarze (4) »
sobota, 24 stycznia 2009
Rozkoszna choroba
Mój kaszel właśnie przypomniał mi o wieczorze z przedwczorajszego dnia.
Z mojego gorszego zdrowia mogę być dumny – mało które przeziębienie ma swoje podłoże w rozkoszach cielesnych.
Niestety, nie moich.
Wróćmy do wczorajszego wieczoru.
Ja nad książką – współlokator ze swoją dziewczyną w kuchni, tworząc jakieś czosnkowe arcydzieło (mój pusty żołądek rzucił focha na mnie, że nie dbam o niego tak dobrze). Ugotowali, zjedli, zamknęli się w pokoju, gasząc światło. Cisza. Myślę – śpią.
No prawie.
Kilka chwil później wychodząc z pokoju usłyszałem kobiecy jęk. Był to jęk z gatunku tych niepozostawiających złudzeń. I urwany. Zamarła cisza.
Westchnąłem.
Lubię Michała, lubię jego dziewczynę, której imienia spamiętać nie mogę. W myślach nazywam ją Moniką, z czystej wygody, bo ‘dziewczyna Michała’ jest nieco za długie i zbyt absorbujące.
Pomyślałem chwilę i westchnąłem po raz drugi.
Zjadłem niedogotowanego kurczaka, półsurowy ryż. Ubrałem się cieplej, założyłem stare buty i poszedłem nad rzekę pobiegać, zostawiając im puste mieszkanie.
Nie dla siebie, nie krępowało mnie to – dla nich. Obawy o skrzypiące łóżko, nadsłuchiwanie czy nikt nie wyszedł z pokoju, wstrzymywanie oddechu… nie tak to powinno wyglądać :)
Wróciłem przemęczony, przemarznięty (choć rozgrzewany od środka świadomością dobrego uczynku) po 45 minutach. Tak, czterdziestu pięciu długich minutach.
Jak się okazało – zbyt długich. Zastałem już puste mieszkanie z posprzątaną kuchnią.
Dziś walczę z bolącym gardłem i podwyższoną temperaturą. Nie spytam jednak Michała czy było warto, nie poproszę o sponsorowanie witamin.
03:56, venomik
Link Komentarze (2) »
Umysł kobiety
Styczniowy wieczór, Ryś z Panną P. siedzą przed laptopem, starając się ubierać własne myśli w bardzo mądre zdania, albo tłumaczyć dane z mądrego programu, by opanować ich sens.
Komputer stacjonarny mrugnął do nas prostokącikiem – to gadu gadu.
- Santiago, westchnąłem. Nie mam nic do chłopaka, ale wiem co chce – bym wrzucił artykuł na naszą stronę. Wcześniej wiąże się to z przeczytaniem i ewentualną korektą. Nie mam niestety czasu, podobnie jak dzień wcześniej nie miałem czasu by zająć się jego newsami. Wczoraj mu to powiedziałem. Dziś nie – drugi dzień z rzędu nie chciałem tego robić, gotów pomyśleć, że go olewam.
Udałem, że mnie nie ma.
- Zostaw to mnie – rzekła Panna P. z uśmiechem na ustach, który zdawał się mówić: ‘Kobietom ufać nie można’. Wzniosłem oczy do góry. Niebiosa nie były łaskawe zaprotestować. Ja podobnie.

"cześć tu, Ryś jest chwilowo zajęty, kapie się, a później juz raczej tu nie wpadnie, bo mamy inne plany na wieczór. Pozdrawiam. Paula - koleżanka Rysia"

Podstępne, ale skuteczne.
03:33, venomik
Link Komentarze (2) »
środa, 21 stycznia 2009
Porządkowanie
Planowane generalne porządki początkowo odkładałem z dnia na dzień. Później zmądrzałem – i odkładałem od razu na trzy dni do przodu. Aż ku własnemu zaskoczeniu – ustaliłem sobie deadline, poniedziałek. Cały dzień wolny, sprzątam.
Nadszedł poniedziałek, czas późnego śniadania. Rozglądałem się po pokoju, przygotowując się na najgorsze.
Drrr… (telefon)
Panna B:
Ryś, chcesz jechać ze mną na duże zakupy w Makro?
Ryś:
Za ile minut będziesz?
Panna B:
Za dziesięć
Ryś: (błagalnie)
Za dwadzieścia?
Panna B:
Poczekam w samochodzie

Jadąc do Makro nie myśli się o zwykłych zakupach. Tam produkty najczęściej pakowane są w większych ilościach, ale są tańsze niż w zwykłych sklepach.
Te zakupy także nie były zwykłe. Ba! To mało powiedziane. Ilości i koszt zakupów zupełnie nie pasował do studentki mieszkającej samotnie. Choćby cztery kilogramy filetów z kurczaka, 40 litrów wody gazowanej, 25 jogurtów… i cena wszystkiego – czterocyfrowa. Później przyszedł czas na pakowanie do samochodu, powrót do mieszkania, pakowanie do windy (nam zostało pół metra kwadratowego miejsca, choć winda 12-osobowa). Spędziliśmy jeszcze z godzinę na sztukowaniu mięsa do zamrożenia. Panna B wzięła dzielnie na siebie obowiązek krojenia filetów, rostbefu czy porcjowania mięsa mielonego. Ja równie dzielnie starałem się nie śmiać (a przynajmniej nie nazbyt widocznie) z jej min i gestów, które nie pozostawiały żadnych wątpliwości co do myśli. A gdyby nawet, to słowa by je szybko rozwiały.
„To jest obrzydliwe”. „Kroję trupa”. „Ble, paskudztwo”. „Jak w ogóle coś takiego można robić”.
Jeszcze teraz się śmieję na samo wspomnienie :)

O sprzątaniu tego dnia oczywiście nie mogło być mowy, wróciłem do siebie w porze iście kolacyjnej. Ale następnego dnia, z samego rana (czytaj: tuż przed południem) zjadłem śniadanie i zabrałem się do pracy.
W moim przypadku generalne porządki MUSZĄ rozpocząć się w konkretny sposób. Od wyrzucenia wszystkiego z szafek i szuflad na podłogę.
Gdybym sprzątał kolejne szafki – w połowie mógłbym zrezygnować albo odłożyć resztę na ‘święte później’. A tak, mając podłogę usłaną kartkami, długopisami, kapslami, płytami i wieloma drobiazgami – po prostu się nie da zostawić tego w środku. Za bardzo cenię swoje zdrowie fizyczne i psychiczne.

Tak było i tym razem. Wyrzuciłem wszystko na środek pokoju, umyłem szafki i szuflady, po czym zabrałem się za mrówczą pracę. Po drodze była jeszcze garść innych obowiązków, przeliczenie kilku zadań dla mamy, zakupy na allegro dla taty. Szybko stało się jasne, że przed snem wszystkiego nie zrobię.
Trudno, pomyślałem, dokończę następnego dnia rano, nic wielkiego się nie stanie. Przecież nikt tego nie zobaczy.
Nikt?
Drrr… (telefon)
Panna P: (dla odmiany)
Nie dałeś mi wszystkich notatek. Będę u Ciebie jutro, tak koło godziny 8.30, może 9 rano. Inaczej mi nie pasuje.

I cóż poradzić? To było kilka godzin temu. Wtedy pokój wyglądał tragicznie, teraz widać w pewnych miejscach zalążki czystości, ale wprowadzić nikogo tutaj bym nie wprowadził. Dobija godzina druga w nocy, zostało mi jeszcze siedem do przyjazdu Panny P i powoli odcinam kolejne kwadranse snu, jakie zostaną mi po uprzątnięciu reszty i doprowadzeniu pokoju do stanu używalności.

Los bywa jednak złośliwy.
wtorek, 20 stycznia 2009
A na gadu, w dzień zimowy, takie toczą się rozmowy
- Jakis koleś do mnie napisał na GG i chciał twój numer. Mówił, że go znasz. Przesłał zdjecie i powiedział, że skojarzysz.
- Z moją pamięcią do twarzy może być ciężko, ale zerknę.
- http://img239.imageshack.us/img239/5574/camovp0vh7.jpg
 - A #$*&#$&#$& ! :]
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Złote runo - fotoprzepis

Kolejna potrawa, ale najprawdopodobniej ostatnia w najbliższym czasie. W przyszłości jednak obiecuję do tego wrócić.
Potrawa dotychczas nie miała konkretnej nazwy. Znów Owca poratowała mnie swoją kreatywnością (rodem z UAMu). Tak powstało (prosimy o werble)

Złote Runo!

Nazwa dziwna, przyznaję. Teoretycznie ma logiczne podstawy, ale owa logika także jest rodem z UAMu, więc pozwolę sobie jej nie przytaczać. Przyznam jednak, że nazwa potrawy sprawiła, że przygotowanie tego przepisu okazało się znacznie trudniejsze.

 

Jak przystało na przepisy
Będą zdjęcia i opisy
Jednak skoro ‘Runo złote’
To na rymy mam ochotę
Aby nazwa i smak cały
Dobrze z przepisem współgrały

 

 
Plaster ciasta francuskiego
paski boczku wędzonego
Rozmarynu, oregano
I bazylii też tu dano.
Ziół najlepiej świeże listki
Ale w sklepach były czystki
Nie znalazłem. Szkoda. Pech.
Lecz suszone – też nie grzech.


Szczyptę pieprzu, trochę soli
Innych przypraw – jak kto woli
Do ziół serca dziś nie mamy
W palcach mocno rozcieramy
Aby w kuchni, słowo daję!
Zapachniało ciepłym majem

Porcją boczku lub wędliny
Ciasto łatwo upiększymy

 

 Brzeg do środka po raz pierwszy
Brzeg do środka po raz drugi
Kształt potrawy coraz lepszy
Jej charakter już się budzi


 Chcecie krzyczeć: ‘toż to lina!’?
Kształtem trochę przypomina
Ale w smaku, proszę wierzyć
Żadna lina się nie mierzy!

 
Przy krojeniu: grubość kciuka
Jeśli miary ktoś chce szukać

Taka grubość, daję słowo
Da potrawę wyborową


Jeśli ogień gazu płonie
Delikatnie w swoje dłonie
Chwytaj ciasto. Każ mu leżeć
Na brytfannie, na papierze

Jako chłopak sobie cenię
Gdy jest szansa na zbliżenie



Zapominaj o litości
Diabłem bądź – do szpiku kości
Choćby nie wiem co Ci rzekła
Wrzuć potrawę wprost do piekła

Przed oczami czaszkę trupią
Widzisz? Więc chyba Ci głupio
Znowu władzy chce sumienie
To odwieczne ludzkie brzemię
Lecz wytrzymaj! Minut piętnaście
Później wszystkim będzie raźniej
Gdyż potrawa Twoja miła
Ślicznie się zarumieniła.



Czy tylko mi się wydaje, że to na zdjęciu powyżej pokazuje mi złośliwie język?!

 

Na koniec garść porad:
- Jeśli wybieracie boczek do potrawy (osobiście polecam, jest pyszne) to uważajcie na jego jakość. Boczek wędzony z biedronki był mało wędzony, tłusty. Ogólnie można uznać, że...
- Jakość potrawy jest mocno uzależniona od jakości wędliny. Najlepiej wybierać te posiadające mało tłuszczu, w przeciwnym razie wsiąknie on w ciasto i znacznie pogorszy jego smak.
- Znów polecam unikanie soli
- Nie wiem w jakiej temperaturze piec, mój piekarnik pozbawiony jest dobrodziejstwa termometru. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że ciasto francuskie w niskiej temperaturze (a dłużej pieczone) staje się większe i bardziej kruche (oraz, oczywiście, suche).

niedziela, 18 stycznia 2009
Kobiety, ach kobiety
Z seksem na początku znajomości jest tak: jeśli nie uda Ci się zaciągnąć dziewczyny do łóżka, jesteś rozczarowany sobą. Jeśli uda – jesteś rozczarowany nią.
odezwał się wielki specjalista od randek :]  (czasami bywam złośliwy nawet sam wobec siebie)

Mawia się, że najlepszym sposobem na zdobycie dziewczyny jest udawanie wobec niej obojętności. Ja się z tym zupełnie nie zgadzam. Przez lata życia byłem obojętny dla wielu dziewczyn i one, na całe szczęście, były obojętne wobec mnie. Wszystko pasowało do siebie jak w szwajcarskim zegarku.
 Niestety los się ode mnie odwrócił, w tym dokładnie działającym planie pojawił się wielki zgrzyt – w osobie opisywanej wcześniej randki. Po tym jak uciekłem z jej łóżka ona, o zgrozo, nie chce mi dać spokoju. Codziennie smsy, wiadomości na gg. Trzy dni temu zaproszenie na kolacje, przedwczoraj na noc (bo ja się boje spać sama!), wczoraj mniej ambitnie – na obiad.
To wszystko po tym jak w rozmowie napisałem, że nic z tego nie będzie.

Można na to inaczej patrzeć – moja wrodzona miłość własna czuje się wreszcie dokarmiona i puszy się jak paw. Ale ja wiem, że nie jestem aż tak fajny ;)

Na koniec jeszcze jedna piosenka. Oczywiście Presley, bez zaskoczeń.



Get your own Box.net widget and share anywhere!
19:15, venomik
Link Komentarze (3) »
czwartek, 15 stycznia 2009
No i klasa
Nocą na gadu:

- Skasowałaś konto na n-k?!
- Już dawno :)
- Wiem, bo ostatnio nikt z moich znajomych nie kasował. Ale dopiero zauważyłem, że to Ty. I wyrażam swój szok, bardzo lubiłaś oglądać zdjęcia.
- Za bardzo. Za dużo czasu zajmuje. Miałam impuls, poczułam, że muszę skasować i zrobiłam to.
- Drastyczne środki.
- E tam. Bez n-k też jest życie, uwierz mi. I to nawet całkiem szczęśliwe.
- Doradzasz skasowanie?
- A zastanawiasz się nad tym?
(nigdy się nie zastanawiałem)
- Dużo czasu zabiera
- Wiem. Ja dzięki temu oszczędzam mnóstwo czasu.
- Rozumiem. W razie czego do odpowiedzialności Ciebie nie będę pociągał :)
- Jesteś szalony :D
- Nie rozumiem
- Jak Cie znam to już skasowałeś.

Cóż się kryć. Spędziliśmy lata ze sobą, zna mnie.
Ale nie żałuję. Bez konta na n-k mogę powiedzieć, że zacząłem bardziej szanować mój wolny czas i nie marnuje go na przeglądanie zdjęć coraz bardziej obcych osób.
Teraz tylko będę musiał powrócić do jedynek metody akceptowanej przez Kościół i dziwnie mi z tym.
Do kalendarzyka.

By pozapisywać sobie daty urodzin i imienin najbliższych osób. Już nie będę miał maili z przypomnieniami. Krok z powrotem w tradycję. Trochę niepodobne do mnie.
02:12, venomik
Link Komentarze (3) »
środa, 14 stycznia 2009
Sztuka kulinarna
Lubię gotować.
Tak, jestem facetem – ale lubię czasami ugotować coś smaczniejszego.

Z rodzinnego domu wyniosłem mylne wrażenie. Niemal wszystkie obiady mógłbym zamknąć w najwyżej kilku pozycjach: zupa, ziemniaki, surówka, kotlet schabowy, pieczone mięso, surówka. Gdy brakowało czasu najczęściej kończyło się na jajecznicy bądź smażonej/gotowanej kiełbasie.
Owszem, od czasu do czasu zdarzały się wyjątki. Placki na ziemniakach, naleśniki, zupa śledziowa, latem kluski z truskawkami, jednak zdecydowaną większość obiadów można było zamknąć we wspomnianych wcześniej pozycjach.
Nie to, by moi rodzice nie umieli gotować. Okresy większym imprez (wigilia, urodziny, itp.) upewniały mnie o tym, że umiejętność gotowania nie jest im obca. Pieczeń z karkówki, duszone żeberka, faszerowane mięsa, bigos (najlepszy bigos tylko u moich rodziców), kotlety mielone z grzybami, ryby na kilka sposobów… przygotowanie tego przychodziło im bez trudu. A było sporo, sporo innych potraw.
Wydaje mi się, że tak przyzwyczaili się żyć. Zwykły dzień wymaga zwykłego obiadu. Niedziela wymaga rosołu, ziemniaków, kotletów schabowych i surówki (przez długie miesiące mogło nie być żadnych odstępstw!). Nawet jeśli było więcej czasu wszelkie urozmaicenia wykluczone!
Mniej zwykłe potrawy były zachowywane na mniej zwykłe okazje. I nikomu nie przychodziło do głowy by z tym dyskutować.
Gdy przeprowadziłem się do Poznania dość szybko doznałem szoku. Początkowo moje żywienie opierałem na tym, co przywiozłem z domu, kanapkach, zupach w proszku, ewentualnie ryżu/makaronie z sosem z torebki.
I nagle, choć wyda się to Wam głupie, zderzyłem się z rzeczywistością. Świadomość tego, że przecież mogę ugotować co tylko chcę, wystarczy znaleźć przepis i wybrać się do sklepu – uderzyła mnie jak grom z jasnego nieba.
I wpadłem.
Od tamtych chwil minęło już kilka lat. Teraz mam w głowie kilkanaście przepisów, od prostej piersi kurczaka na słodko (banalne wykonanie, a zachwyt gwarantowany) po dużo bardziej skomplikowaną zapiekankę rybno-warzywną. Albo nadziewane rogaliki.
Raz na jakiś czas szukam też czegoś nowego.

Te lata gotowania nauczyły mnie jednego – w dzisiejszych czasach setek przepisów, kuchenek inteligentniejszych od przeciętnego dresa, sklepowych półek pełnych wszystkiego, mieszankach przypraw dobranych za nas – jedyna trudna część gotowania kończy się, nim się ono w ogóle zacznie.
To wybór odpowiedniego przepisu.
Bo co nas czeka dalej? Krojenie, szatkowanie, smażenie, gotowanie, mieszanie, miksowanie, ucieranie. To w zasadzie wszystko!
Która czynność sprawia komuś z Was problem?
No właśnie. Żadna! Śladowa ilość inteligencji wystarczy, by wykonać wszystko zgodnie z poleceniami.

Na opisywanym niedawno sylwestrze miałem prawdziwą przyjemność spróbowania dzieła koleżanki – szpinak z mięsem i czosnkiem zapiekany w cieście francuskim. I momentalnie chciałem móc samodzielnie coś takiego zrobić (pycha!). Poprosiłem o przepis, otrzymałem.

Kilka dni później na gg:

- Trochę zmodyfikowałem Twój przepis.
- Tzn?
- Dodałem cebulę i ograniczyłem mocno czosnek. Brokuły zastąpiłem grzybami. Dodałem ser.
- Lol

A jak wyszło?
Cóż, za pierwszym razem jeszcze nienajlepiej (wybacz Dil, że jadłaś najgorszą wersję). Za drugim razem naprawiłem swoje niedociągnięcia w przyprawianiu, przygotowując kolację dla wspominanej ostatnio randki (jak widać powiedzenie ‘przez żołądek do serca’ ustępuje w tych czasach znacznie dokładniejszemu ‘przez żołądek do łóżka’). A wczoraj było podejście numer trzy, z którego powstała poniższa fotorelacja. A raczej fotoprzepis.

Białe mięso z farszem grzybowym i serem zapiekane w cieście francuskim, czyli ‘kopiec kreta na pustyni’*

nazwa by Owca, wszelkie prawa zastrzeżone.


1.Potrzebne składniki: filet z kurczaka (ok. 600 gramów), pieczarki, ser żółty, ciasto francuskie, cebula, czosnek, przyprawy. Cebuli z czosnkiem niestety na zdjęciu nie ma. Jest sól, ale doradzam ostrożność w jej używaniu - ciasto francuskie samo w sobie jest słone.



2. Do wrzątku wrzucamy filet z kurczaka. Tak na 10-15 minut.



3. W tym czasie 8-10 dorodnych pieczarek kroimy w plastry, wrzucamy na patelnię i zalewamy wodą. Podłączamy gaz i czekamy.



4. Kroimy połowę dużej cebuli. Do tego 3-4 ząbki czosnku (na zdjęciu jest mniej, niestety więcej nie miałem). To wrzucamy do grzybów na patelni.



5. Ugotowaną pierś z kurczaka studzimy przez chwilę w zimnej wodzie. Wybieramy ulubiony nóż. Kroimy na pół by sprawdzić, czy nie jest zbyt surowa w środku. Ta na zdjęciu nie jest.



6. Kroimy w kostkę (byle nie za dużą!), wrzucamy na patelnię. Przyprawiamy do smaku - najlepiej będzie wyraźniej, zioła + curry/imbir. Przynajmniej moim zdaniem. Podłączamy gaz i smażymy przez kilka minut.



7. Starty ser żółty mieszamy z ostrą papryką. Ja kupiłem gotowy ser, ale równie dobrze można samodzielnie zetrzeć ulubiony.



8. Usmażone grzyby, cebulę i czosnek wrzucamy do odpowiedniego pojemnika:



9. Wykorzystujemy urocza asystentkę by nam je zmiksowała.


(zdjęcie wykorzystane bez zgody sfotografowanej osoby. A dokładniej: mimo jej zdecydowanego sprzeciwu)

10. A tak powinna wyglądać starta masa grzybowa (z cebulą i czosnkiem):



11. Naszą masę mieszamy z kawałkami mięsa. Nie wygląda po tym bardziej apetycznie, ale póki co wygląd nas nie martwi.



12. Sięgamy po pierwsze opakowanie ciasta francuskiego i kroimy w prostokąty (te na zdjęciu mają średnio 25x14 cm)



13. Nakładamy na środek mieszankę z mięsem. A później warstwę sera (tego niestety nie ma na zdjęciu)



14. Na wierzch nakładamy takie same kawałki ciasta francuskiego. Brzegi delikatnie dociskamy do siebie łyżeczką. Na warstwie papieru chowamy do piekarnika. Temperatura ok. 175 stopni. Czas: 20-30 minut. Najlepiej sprawdzać.



15. Gdy wyrośnie i przyjmie odpowiednią barwę możemy jeść. Powinno to wyglądać tak:








Polecam wszystkim. Gdy jest gotowe - wygląda jakby było niezwykle trudne do przygotowania. A wcale takie nie jest. W końcu to tylko gotowanie.


Przy okazji pozwolę sobie przypomnieć wcześniejsze fotoprzepisy:
Warzywna wariacja na temat mintaja
Pierś na słodko
 
1 , 2